Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 marca 2015

Baśń o sukienkach

Emer miała dwanaście sukien na dwanaście miesięcy roku.
Pierwsza suknia była z miękkiej wełny, chroniła ją przed zimowym chłodem. Miała wyszyte ciemne i białe kwiaty, które układały się w skomplikowany wzór. Emer czuła się w niej schowana przed złem, bo zło to mróz w sercu i brak odwagi.
Druga suknia Emer uszyta była z czarnych cekinów. Emer w niej błyszczała.
Trzecia suknia - rubinowa. Emer była w niej Kobietą i chłonęła - dając. 
Czwarta suknia zrobiona z białej koronki. Emer siadała w niej na pniach drzew i układała w otworkach materiału pozbierane źdźbła traw. Było jej lekko i małomyślnie.
Piąta suknia Emer z chłodnych jedwabiów. Unosiła jej głowę wysoko, szyję wydłużała ponad góry, oczy daleko w świat. Znikała.
Szósta suknia Emer z białego lnu. Emer śniła w niej każde załamanie naturalnego sukna. Kiedyś nauczy się je prasować. Teraz tak ma, że pomięta.
Siódma suknia, lekka, błękitna. Emer w niej ulotna i nie z tej ziemi.
Ósma suknia z ciężkich aksamitów. Okrywa ją szczelnie od stóp do głów i tylko dłonie możesz uchwycić i pieścić. Niedostępna.
Dziewiąta suknia, porwana, cała ze szmat. Emer w niej dla nielicznych, dla tych, co kochają prawdziwie. Swoja.
Dziesiąta suknia, króciutka. Króciutka...
Jedenasta suknia - prosi o pełnię. Czeka.
Dwunasta suknia... Dwunasta - złożona u Niego w szafie. 



niedziela, 8 czerwca 2014

Rewers

Nic nie przeszkadza zacząć od końca.
Krasnoludki przykute obowiązkiem do swoich miniaturowych kółeczek-trybików w gazowej skrzynce skrzypią nocą. Pracują na kilka zmian, wciąż na tych samych kółeczkach. Czasem weźmie ich kaszel albo mała grypa (krasnoludkowa), stąd nasze kółeczka przechwytują inne krasnoludki - i wtedy gazu jakby więcej na liczniku, albo mniej. Wyjedziesz gdzieś na tydzień, nie wiesz zupełnie, że zmiennik na rowerku kręci - a po przyjeździe, bach!, dwie cyfry do przodu i już rachunek większy.
Skrzypią cichutko, ale zawsze - są bardzo sumienne.
Od psa odklejałam ciepłym strumieniem wody wiślany piasek. Pies zmoczony pachnie zawsze mokrym psem. Każdy pies tak samo, jakby woda dopiero odkrywała, że są z jednej pra-matki prze-suki. Zwierze. Stoi potulnie, chyba się nie boi, ale kto wie. Do Wisły z własnej woli przecież, a pod prysznic jednak nieco siłą.
Jaśmin po drodze już zawsze będzie mi się kojarzył z latem na wsi, wozem drabiniastym i hałdą dzieciaków. Podwórko, gęsi, zawsze dużo cebuli, kwitnie wysoko i pięknie - gdyby nie ten smród przeraźliwy, wciska się do nosa i w ubranie, że nie można oddychać.
Ale jaśmin. Przyniesiony pełną kiścią, naręczem, jak się trzyma niemowlę. Biały, żółto nakrapiany, cienistozielony bukiet. I tylko dla mnie. Wybrana na tym wozie, szczęsliwa, dumna, zaskoczona, ale nie zdziwiona, że dla mnie. Wpięłam małą gałązkę za wsuwkę i znów mam pięć lat.
Plaża po ulewnych deszczach jeszcze bardziej wilgotna, niż zwykle. Mam nadzieję, że nie złapię wilka. Długi wał wkracza w wodę, jak most donikąd. Most znów - tylko dla mnie, pojedynczy. Mogę iść po nim "nie sama, a w towarzystwie, naga, a ubrana, nie głodna, ale nie nasycona".
I jeszcze pszczeli kit. Skąd pszczeli kit? To okna. W starych kamienicach, gdy letnio i parno, wosk oddaje swoje tajemne bzyczenia i głaskania ciepłych, włochatych ciałek. Są ludzie, którzy nie odróżniają osy od pszczoły. Walą bez opamiętania w jedno i w drugie. To grzech zabić pszczołę. To jakby zabić człowieka albo psa.
Tak się zbieram, kiedy się rozpadam. Powoli, jednostajnie i w zachwycie, że czuję siebie znów, a smak mam upojny, imię donośne, jak krzyk walkirii.


czwartek, 27 września 2012

Moim też męskim mózgiem

Sprawy tak przyziemne, że aż czuć w ustach piach.

"Szczęk bramy" pobudza zepsuty domofon do zbrodniczej kakofonii w środku nocy. Pies nie chce spać na swoim futrze i błąka się, jak dusza pokutna, od pokoju do pokoju. W zlewie mam więcej naczyń, niż poza nim, okresowo... Dopisać do priorytetów "zmywarka".
Niektóre sznurki tak mocno trzymają, choć parciane...
(sizal sprawdza się w snopowiązałce codzienności, w sklepie na Stalowej razem z kapustą można dostać sznur do kotar zhakowany* na efektowną biżuterię - cały komplet za 8 PLN - oczywiście, że zakupiłam!)
...pałętają się wokół kostek, niewolniczo o sobie przypominając. Do nich przywiązane są jakieś strzępy łachmanów, zatęchłe konwenanse i otępiałe sowy poprzedniego polarnego dnia.
Gdzieś tu leżały chirurgiczne nożyce... Są! Poprzednia ekipa spartoliła robotę, więc trzeba pogrzebać w starej ranie, na żywca, pacjent traci przytomność, bo nie chce się przyznać, że boli. Twarz ma tylko coraz bledszą, siódme poty występują mu na czoło, z ręki wypada pergamin i ostatnie słowa. Coś bełkocze i gubi szyk w zdaniu, myli podmioty, już nie wie, jak się nazywa. Panie Kowalski, panie Kowalski, słyszy pan?! Słyszę, słyszę... Jezu, nie drzyjcie mi się wszyscy nad uchem . Jeszcze żyję... O, Matko.
No, wstał. Nie wstał, znaczy, ale powstał - z łoża boleści, z martwych.

Przemówił:
Nie potrzebuję Cię do niczego. Sam ugotuję, posprzątam, zarobię, obrobię, przedstawię, udokumentuję, opracuję, wymyślę, przepiję, przejem, powyczyniam, przeczytam, obejrzę. 
Ale dobrze, kiedy tak myślisz o mnie, choć stoję po szyję w gównie. 
Dobrze, lepiej.



(*nauczyłam się nowego terminu - life hacking - arcyciekawe zjawisko! - polecam znudzonym)

niedziela, 2 września 2012

Czym krwawi Mary


Myślę, że mogłabym zacząć, jak to ból jest nieodłączny. Od życia. Od kobiety. I razem. 
Potem seria rzeczywistych lub wymyślonych rzeczy...
Fizjologia. Tylko kobiety, żeby dojść do przyjemności, muszą najpierw doświadczyć bólu. Prawda to. Na domiar jeszcze, do bólu dochodzi strach, bo wiadomo, jakie mogą być długofalowe konsekwencje "przyjemności". Więc jeszcze dostajemy po łbie, że nam się zachciewa. 
Przykra sprawa. 
Boli nas, kiedy się okazuje, że baśnie z tysiąca i jednej nocy powstały tylko dlatego, że jakiś histeryk-okrutnik miał ochotę zamordować własną żonę, a ona podstępem musiała ratować własne życie. To się nazywa inspiracja. A w tych baśniach tyle książąt, zamków, złotych i srebrnych koni, księżyc świeci, wystarczy skinąć ręką, a kładą się lasy i wysychają rzeki. I to wszystko, jednakowoż, bujda. 
Boli, kiedy się okazuje, że najnaturalniejsza (wydawałoby się) rzecz na świecie, dzieci wychowanie, to katorga, droga przez mękę i nawet media nie mogą się zdecydować, czy są z nami ("Rodzić po ludzku") czy przeciw nam ("Coraz więcej kobiet w ciąży na zwolnieniach"). Etos matki Polki, matki karierowiczki, matki jakiejkolwiek, jest nadal etosem, trzeba się wziąć w garść, żeby nie wyrósł jaki bandyta na piersi, bo potem i tak z naszej (matczynej również) kieszeni więźniowie telewizję na stu kanałach oglądają. Wersja pesymistyczna, ale warto pamiętać. 
Boli wszakże też, kiedy się okazuje, że te pijawki rosną i wcale, ale to wcale nie chcą zostać małe, słodkie i niepyskate. Bo widać, jakie są podobne do nas, a to już nam się wcale nie podoba (pierwsza osoba używana dla niepoznaki, bo przecież nie przez wzgląd na XVI wieczne przyzwyczajenia szlacheckie - wszyscyśmy ze szlachty, ale ubożejemy...)
Boli, kiedy się okazuje, że nie mamy nad sobą kontroli większej, niż protony w zderzaczu - one way ticket i wielkie buuuum! - kiedy jesteśmy niczym Krwawa Mary, może tylko wódki brak. 
Drżyjcie narody, dzieci chowajcie się pod stoły, psy schodźcie z drogi. 
Krwawię.



Krwawa Mary on the rocks

składniki:
wódka 
sok pomidorowy 
sok cytrynowy 

sos tabasco
sól i pieprz

rocks



środa, 15 sierpnia 2012

Domki dla Lalek*

Z okna widziałam setki pięknych domków. I mnóstwo drzew. Poszatkowane barwne plamy i pełno waty cukrowej.
Niezupełnie panuję nad tym, co wyrabia moja pamięć i wyobraźnia. Ile czasu zaoszczędziłabym dzisiaj, gdybym pominęła podsuwane mi przez złogi w jaźni tematy?
Upchnęłabym więcej czegoś innego. Na przykład rozwinęłabym taki temat:

Lubię na sobie czuć spojrzenia. Bardzo. Te ciekawskie, te zadziorne, silące się na coś więcej, niż są w rzeczywistości - sięganiem po ułudę. Nie spieszę się, choć chodzę szybko. Lubię błyszczące powierzchnie, lubię się po nich prześlizgiwać. Powierzchnie tęczówek na przykład. Lubię blichtr tak bardzo, jak łatwo potrafię go rozpoznać, w momencie przyłożyć odpowiednią miarę i, stosując manewr pt. świadomość czyni z tego kontrolowaną zabawę, włożyć na siebie. Robię się od tego arogancka. 
Na rynku wybrukowanym wielowiekową kostką ciężko chodzi się w szpilkach. Po piasku także. Żeby chodzić na obcasach potrzebny jest dość płaski, lecz pewny grunt - taki, na którym widoczność wynosi przynajmniej 10 lat. Wszak pozycja ta wymusza pewną grację, swoisty szyk i stan, ponadczasowe piękno czarnej ołówkowej spódnicy i chabrowej bluzki wpuszczonej luźno w środek. Smolistej linii na górnej powiece, bledszej cery i podkreślonych kości policzkowych. 
To proste. 

Następnie tam, gdzie to możliwe, zzuwam buty i idę boso, a ziemia wtapia się w załomy pedicure za 60zł. Bo mogę. 

***

"Życie jest tylko przechodnim półcieniem
Nędznym aktorem, który swoją rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada - powieścią idioty
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą"


zdjęcie pochodzi z "Tkliwych nihilistów..." FB






sobota, 11 sierpnia 2012

Lista

Mam dobrą pamięć. Wybiórczo. Robię listy, które aktualizuję na bieżąco.
Listy zakupów nie robię, na liście przebojów zdarzają się upierdliwie trzymające się pierwszych miejsc piosenki.
Moje listy są inne. Piszę inne, co nie znaczy, że nie zdaję sobie sprawy, że Ty, Ty i Ty możecie mieć podobne. Miejcie. Tu akurat jest miejsce dla mnie. (Gdybym paliła, zapaliłabym teraz.)
Pamiętam zapachy. Zapach bordowego (kolor to za dużo powiedziane, bordowy niestety to sub-kolor, brud zachodzący na czerwień) wąskiego dezodorantu mojej siostry, zdaje się, że można go jeszcze kupić w zmienionej formie i pod inną nazwą. Jej sweter pachniał nim jeszcze długo potem.
Zapach wilgoci i chłodnych wieczorów późnego lata, zapach górskich wycieczek, które nie były przecież złe. Teraz myślę nawet o nich sentymentalnie i z czułością. Zapach skórki zimowych jabłek, twardych i kwaśnych w sierpniu, soczystych i orzeźwiających w październiku. Zapach tej dziwnej rośliny, którą Arabowie dodają do każdej potrawy, rosła w każdym wykrocie i na poboczach, jak chwast, jak chrzan na polskiej wsi. Przyjemny zapach proszku na bawełnianej bluzie przywiezionej z domu przez koleżankę. "To jeszcze mama prała". Spokój, opiekuńczość, schludność, jasne promienie i lekki przewiew, aby uchronić mokre ubrania przez zatęchnięciem. Lubię to.
Zakazany zapach rąk. Przymykane do połowy powieki.
Zapach mokrego psa. Deszcz na chodniku, który, chłodzony po całodziennej pielgrzymce przechodniów, oddycha wreszcie niezbyt świeżo, ale z ulgą. Zapach kremu Nivea Baby na moim dziecku. Nie wyczuwa się wtedy nic poza mleczną słodyczą, nie ma jutra, a chłopiec żyje w idealnej bańce.
Zapach czyjegoś potu, jeśli się podoba, to podobno sprawka genów, które, jak zwykle, pchają nas do rozrodu. Co za zdrada. Estetyzm kontra natura. Obleśne. Moje poczucie człowieczeństwa zawsze marnieje, kiedy uświadamiam sobie, jak niedaleko jest mi (nam) do pantofelka. Kilka milionów lat i może wrócimy do tej radosnej formy.
Zapach mężczyzny. Oczywiście.
Zapach kobiety. Kiedy tylko chcę.

Moja lista widoków?
Linia od biodra do pachwiny. Zamknięty w chmurach półksiężyc. Ojciec na ławce. Twarz nad moją. Zielone kafelki na porodówce.

Codziennie coś dopisuję do tej listy. Hołubię po to, aby obrosło otoczką surowicznego płynu i nie bolało przy dotyku. Lekarze mówią, żeby nie przebijać bąbli, bo zostają blizny. Medice cura te ipsum.


Hey, hey, mama, said the way you move
Gonna make you sweat, gonna make you groove.
Oh, oh, child, way you shake that thing
Gonna make you burn, gonna make you sting.
Hey, hey, baby, when you walk that way
Watch your honey drip, cant keep away.

 

czwartek, 2 sierpnia 2012

Biała gitara wieczorową porą

Podchodzę prawie do każdego muzyka ulicznego. Staram się dorzucić coś do futerału, czasem robię zdjęcia, stoję długo w pobliżu i słucham. Obserwuję innych przechodniów, którym podoba się to, co słyszymy razem. Zabawne, ale niektórzy starają się nie patrzeć w obawie, że się wyda, że będą musieli wyciągnąć z kieszeni drobniaki, a przecież im się spieszy i tak to tylko parę taktów w drodze na przystanek. 
Zatrzymuję się z paru powodów. Po pierwsze z uświadomionego sentymentu - moja siostra grała na ulicach Wiednia i Tokyo, ale tam zupełnie inaczej można zarobić na podobnym procederze. 
Po drugie, to cudowne, że ktoś potrafi wydobyć dźwięk, który wpada w ucho, jest melodyjny, sensualny, pieszczotliwy... uwielbiam pasję, jaką wtedy wyczuwam w eterze. Radość, rozpierająca, czysta radość i zadowolenie. 
Zastanawiam się, co robią ci wszyscy utalentowani ludzie na ulicy? Dlaczego nie szukają czegoś więcej? Być może nie chcą więcej. Być może nie potrafią pomyśleć, że mogliby po więcej sięgnąć, że ich na to wewnętrznie stać. A może zarabiają lepiej, niż można by przypuszczać.
Niedawno ksylofon pod Kolumną Zygmunta i wspólne śpiewo-granie z perkusistą... Rozmowa o inspiracjach z gitarzystą na murku przy Skwerze Hoovera. Muzyka otwiera podwoje. Każdy rozumie jej język, emocje, które niesie w swoistych narzeczach. 


Przejawiam idealistyczne przekonanie, że jeśli ktoś gra, to nie może być zły. 


Na ścianie spisałam afirmację, na zielonym papierze, jak zwykle, kiedy coś ma obrócić się w sukces. 
I teraz zadzieją się cuda. 



wtorek, 19 czerwca 2012

M.

Najchętniej chciałabym uciec stąd, trzymając Cię mocno za rękę. Masz złote włosy, małe, zacięte serce. Chciałabym Ci powiedzieć, że nie ma potrzeby żyć tu i teraz, bo można w Nibylandii i nic nas nie dogoni w podróży do gwiazd.
Chciałabym, żebyś nie wiedział o dniu, kiedy nastaje wieczór. Niech pamięć ginie, jak jętka i rodzi się na nowo o poranku.
Nie szukaj, jak ja, pokrewnych dusz, to ginący twór, który omamia i tak bardzo, bardzo rozczarowuje.
Chciałabym poprosić rzekę Fly, żeby zabrała nam z duszy koszmary, duchotę i przymus, a dała bransolety na ręce i nogi, odgłosy bębnów i muzykę.
Jesteśmy inni, to dar i fatum.


wtorek, 12 czerwca 2012

Kawałek razowej prozy

Nie będę się przecież powstrzymywać przed szerzeniem czegoś, co być może, albo nawet z pewnością, lubię czytać. Czytam i mam ochotę napisać podobnie. Też mi się kulinaria mieszają z seksem. 
I kolejny w wężyku postaci, którymi zapełnię mój doktorat, opus magnum powtórzone. 
Poniższa legenda jest smutna, tragiczna, podniecająca i niegodna zatrzymywania się na raz. 

http://betlej-hunger.blogspot.com/2012/04/kawaek-razowego-chleba-z-ryba-wioletta.html

czwartek, 12 kwietnia 2012

Anima vilis

Mogę się dzielić, wszędzie pozostawiać fanty w postaci rąk i nóg. Mogę się mnożyć, byty wysypują się ze mnie, jak styropianowe kulki. Lekkie, przyklejają się do palców.
Zawieź mnie nad wodę, wyrosną mi skrzela. Zabierz w góry, płytki oddech wystarczy za głęboki.
Nie zabieraj mnie nigdzie, przyprawię sobie skrzydła i popatrzę z wysoka jak pełzniesz.

środa, 14 marca 2012

Stalowy jeż - co mnie inspiruje, co jest moje...

Tak tu teraz cicho i spokojnie, bo akurat życie dzieje się gdzie indziej. 
Na przykład w sali wyłożonej opakowaniami po jajkach.
Wieczorne lektury do poduszki kolejnemu pokoleniu. 
In the meantime... 



cz.1


cz. II





wtorek, 1 listopada 2011

Białko intelektualne - 2003

Grafomański kawałek prozy - jedna dobra metafora. Czyli o tym, jak umiejętnie wyjaśnić sobie, że ma się nierówno pod sufitem.


Piątek

Codziennie budzę się z jednym marzeniem – mieć poukładane w głowie. Ale ponieważ marzenie to, i tu przychylam się do stwierdzenia, że marzenia raczej się nie spełniają w takiej, jakbyśmy chcieli, postaci, wobec czego nie spełniają się wcale, nie zamienia się w rzeczywistość, znajduję niejakie pocieszenie wyszukując przeszkody natury społecznej, genetycznej lub uwarunkowane czymś jeszcze innym. Nie pozostawiam jednak tego, przyznaję, szczytnego celu ułatwienia sobie życia poprzez ustanowienie porządku pod własnym sufitem przypadkowi, a jakże! Myślę o tym, stosuję różne techniki rozwiązywania problemów, słucham rad mądrych ludzi. Z nich najtrafniejszą wydaje mi się ta, że za dużo nad tym wszystkim myślę. Ta prosta rada nie zadowala mnie, albo może nie potrafię z niej skorzystać. Jakaś skaza. Coś oprócz genów, co koduje białka intelektualne, musiało w niewyjaśnionych okolicznościach ulec potwornemu wypadkowi. Ach, wyobrażam sobie, jak po moich wnętrznościach jedzie rozpędzony pociąg i zatrzymuje się dopiero na truchle pięknie ulożonych, skompletowanych łańcuchach mojego białka intelektualnego, które uprzednio stratował pod kołami... 


niedziela, 21 sierpnia 2011

Opowiadanie "Misia"

Opowiadanie "Misia" powstało pod wpływem spaceru ulicą Sienkiewicza, czyli takim kieleckim "Krakowskim Przedmieściem". Kielce mają swój urok, a na tej ulicy znajduje się parę starych kamienic. Na jednej z nich są gargulce, potężne kamienne posągi dziwnych stworów. A reszta, jak to bywa u nastolatki... 


Misia
           
            Niebo zastygło, nie mogąc się zdecydować, jaki charakter nadać całemu dniowi. Było zwyczajnie i wydarzenia następowały po sobie z równie spodziewanym tempem, jak stukot kół pociągu na torach. Stuk, stuk - przerwa -stuk, stuk... Tak płynęły chmury, tak otwierano sklepy, tak dudniły serca. Rozmowa jakoś się nie kleiła, Misia kiwała więc nogami w skórzanych bucikach i gwizdała najnowszy jakiś przebój.
- Powiesz mi w końcu, na co się zdecydowałaś?
Odwóciła głowę i z uśmiechem przypomniała najdziwniejsze spotkanie z rzeźbą, która bardzo lubiła filozofować. Maszkaron, a raczej Behemot, bo odkąd przeczytał "Mistrza i Małgorzatę" tak właśnie lubił się nazywać, nie miał jednego ucha na swojej kociej głowie i częściowo zanieczyszczone "prezentami" przelatujących gołębi pocztowych kamienne futro. Na jego balkonie był jeszcze niekompletny tułów innego kota, ale ten, pozbawiony głowy zupełnie, nieczęsto się odzywał wykorzystując odziedziczone po przodkach talenty brzuchomówcze. Kiedyś Misia, małe dziecko, które nauczyło się pisać i czytać mniej więcej wtedy, gdy postawiło pierwszy krok, siedziała, tak jak teraz, przechylając się przez barierkę balkonu i z zatopienia w marzeniach wyłowił ją szorstki głos Behemota. Powiedział jej wtedy, że przez przypadek może wypaść na ulicę i stracić głowę, jak stało się z jego towarzyszem. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że konwersacje z marmurami zaliczają się do powodów, z jakich trafia się do szpitala dla obłakanych. Odpowiedziała mu więc, że taką możliwość brała zawsze pod uwagę i nie wykluczała, że kiedyś skorzysta z takiego sposobu zejścia z tego świata. Nawet Behemotowi dziwne wydały się myśli samobójcze u pięciolatki. Postanowił więc zrezygnować z dotychczasowych ślubów milczenia wobec tego nadzwyczajnego zjawiska, jakim była Misia.
- Ojej, sądzisz, że tak łatwo wybrać pomiędzy teraźniejszością a przyszłością? Dla ciebie nie istnieje lęk jutra, stoisz tu od przeszło wieku i nic nie wiesz o groźbach, czyhających na małe dziewczynki.
- Że niby nie wiem, co to lęk? A widziałaś kiedyś, jak twój kolega stacza się po rynnie, by trafić w kawałkach pod kopyta koni, ludzkie nogi i warkoczące wozy? Ja też się boję, bez głowy nie można czytać!
Misia parsknęła śmiechem, oczywiście w środku - za nic nie chchiałaby obrazić przyjaciela, który chwalił się ilością przeżyć, mających niewiele wspólnego ze światem "zabalkonowym".
- Tak, wiesz, przepraszam. Ale czy wiesz także, jak pogodzić rozsądną przezorność z radością życia, jego namiętnościami i krótkimi chwilami szczęścia, okupionymi wydziedziczeniem z majątku rzeczywistości?
Kot strzygnął jedynym posiadanym uchem i wypuścił głośno powietrze z przekrzywionym "Noo..." w pyszczku. Odkąd coraz więcej czasu spędzała poza jego wzrokiem, przynosiła coraz więcej trudnych pytań. Miał sporo wątpliwości, czy dalej uważa go za swój autorytet, starał się więc z pokorą znosić strącanie z piedestału. 
- Jeśli ujmować to kulinarnie, mam do dyspozycji efemeryczny deser z bitej śmietany i hermetycznie zamknięty pojemnik z jadalnym proszkiem, do którego wrzątek gotuje się z flegmą od nastu lat. Tyle, że białą, słodką masę widzę przed sobą i trzymam w ręce gotową do użycia łyżeczkę, a z proszku, pełnego konserwantów może wyjść smakowita potrawka z kurczaka albo kaszka manna - jedno i drugie do sprawdzenia w nieokreślonej bliżej przyszłości.
Wiedział, że nie jest jedynym męskim osobnikiem w jej życiu, i choć nie przyznawał się do tego otwarcie, z zazdrością śledził pierwsze zabarwione romantyczną nimfomanią rozterki Misi. Udawał wtedy zawsze głupiego, zbaczał z tematu, odwracał kota...znaczy tok rozmowy...ogonem...no, na inny tor. Wolał Misię - ukrytą stokrotkę, niż Misię - pachnącą orchideę. Robił uniki, a problem rozwiązywał się sam. Ale tym razem zdawało mu się, że dalsze granie idioty nie będzie najlepszym wyjściem. Intuicja, lub, jak kto woli, instynkt, dźgał go w plecy szepcząc: "Te, przyjacielu, to już nie neurotyczna pięciolatka, nie możesz z nią gadać o wyjętych z życia ideałach. Ją interesuje, jak z tych wartości sporządzić dający spełnienie eliksir. O działaniu mów, o człowieczeństwie."
- Dlaczego ten wolny wybór czyni mnie zawsze powolną decyzji ratio? Wiesz, żałuję nieraz, że należę do rodzju myślących. Zaufaj mi, ty masz dużo lepiej ze swoją zamkniętą promenadą  pod niezmiennym behemocim niebem.
Jakoś umknął mu ten niewybredny żart pod jego adresem. Postanowił bowiem zdobyć się na odwagę, pomóc Misi w odróżnieniu ich światów, między którymi trwały zawarte drzwi z napisem "Strefa Namiętności - wstęp wzbroniony".
- Co ci jest, Kotku? Trudno, nie będę się nad tym zastanawiać...
Na razie chyba nie - dodała sobie w duchu.
Wietrzyk, nieświadom powagi chwili, rozwiał jej włosy i na moment otulił twarz gładką zasłoną kosmyków. W dole jakiś przechodzień podnosił oczy z niedowierzaniem ku dziewczynie siedzącej na skraju stylizowanej barierki. Najwidoczniej był nietutejszy, bo dozorca miłosiernie i wyjaśniająco krzyknął: "To nic takiego!".   
- Idę do pokoju, pogram ci trochę. Właśnie rozgryzam Gershwina, jest zakręcony.
Misia zakołysała się i lekko sfrunęła na posadzkę. Otrzepała dłonie, poprawiła spódniczkę i spojrzała na swego towarzysza. Zobaczyła rzecz o tyle nową, co niespodziewaną.
Po zielonym policzku Behemota turlała się łza znacząc ścieżkę, lśniącą jak ślad ślimaka na powierzchni liścia łopianu. I usłyszała.
- Człowiek, aby zasługiwał na miano człowieka, musi mieć zajęte serce, zajęte ręce i zajęty umysł.
Buzia Misi zatrzepotała powiekami, zamknąła je i po chwili wynurzyła z jeziora ust jasny i spokojny uśmiech.
- Dziękuję.
Nigdy już potem ze sobą nie rozmawiali. Marmurowy maszkaron odnowił przyrzeczenia. Misia miała nadal wiele problemów, była jednak szczęśliwa. Znała bowiem prawdę, którą mocnym dłutem wyciosał w niej najmądrzejszy nauczyciel, jakiego miała.

październik 2002r.



sobota, 20 sierpnia 2011

Opening

Otwarcie Mozaiki za pomocą krótkiego opowiadania siedemnastolatki. 


"Zawsze idź za głosem serca"

Zawsze idź za głosem serca. Noc była mglista, przez gałęzie prześwitywało blade światło. Szła sama, chowając głowę w wełniany kołnierz płaszcza. Tego dnia zadzwonił telefon i zakłócił jej myśli. Przypomniała sobie jego datę urodzin, dotyk jego dłoni na swojej szyi i ten dziwny stan, w który potrafił ją wprawić. Wytarczyło, że przeszedł obok. Zimne powietrze dmuchnęło jej we włosy. Zawsze idź za głosem serca. Akurat nie było jej w domu, kiedy chciał z nią porozmawiać. Nawet nie mogła sama zdecydować, czy chce go usłyszeć. Po prostu, nie było jej wtedy w domu. Miał szerokie ramiona i silne ręce. Po policzku popłynęła łza. Boże, czemu wciąż widziała jego ciemnoniebieskie oczy. Głupia ta dusza kobieca, pamiętliwa... Musiała zatrzymać się na światłach, które pomimo późnej pory zmieniały się, jak zawsze. Nikt nie wiedział, że rozsądek wziął niegdyś górę nad jej młodym sercem. Szła sama. W bloku obok ktoś siedział przy otwartym oknie. Za falującą firanką majaczył płomień świecy.  Kilka lat temu w jej sypialni też płonęły świece i rzucały refleksy na ich ciała. Nie była wtedy sama, rozpięta pomiędzy obłędem i radością. Ludzie mówili, żeby zastanowiła się porządnie nad przyszłością z "tym człowiekiem". Nie myślała zupełnie
o jutrze. Ostry wiatr znów poderwał jej włosy i osmagał skurczone z zimna wargi.  Wtedy płynął w niej ogień. Rozluźniła spięte ciało. Podmuch zawładnął długim płaszczem i wpadł pod nie zapiętą koszulę. Drgnęła, przechyliwszy głowę i poczuła ciepło palców jego delikatnych, męskich dłoni. Nikt nigdy potem nie potrafił tak jej dotykać. Weszła do klatki, wbiegła schodami na trzecie piętro. Skostniała, wyciągnęła pęk kluczy z torebki. Zamek zazgrzytał, w pustym korytarzu echem odbijał się jej ciężki oddech. Drzwi do pokoju  po prawej stronie były uchylone. Pachniała jeszcze zimnym powietrzem i niosła ten chłód ze sobą.  Na łóżku, pod kolorową kołderką spała mała dziewczynka. Kobieta przykucnęła i wyszeptała w stronę ucha śpiącej. Zawsze idź za głosem serca, córeczko.  Kiedy poznałam twojego tatusia, on właśnie mnie porzucił a ludzie kiwali głowami. Nie bałam się taty, byliśmy na prawdę bliskimi przyjaciółmi. Bronił mnie przed tymi oskarżycielskimi spojrzeniami. Tak, twój tatuś dobrze się mną opiekował, córeczko. Starał się i nawet przestał palić, bo nie znosiłam dymu. O nogi ocierał jej się rudy kocur. Poprawiła na dziecku kołderkę i wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Lubiła jego pieszczoty, na początku był nią onieśmielony. Kot zamiauczał, domagając się wieczornej porcji jedzenia. Stała boso w płaszczu i nakładała kawałeczki galarety na talerzyk. Nie mówiła mu już o nim. To mogło go zranić, a miał taki wrażliwy charakter. Żaden z jej przyjaciół już o nim nie usłyszał. Wychodząc z kuchni zdjęła płaszcz i poprawiła rozrzucone po podłodze botki. W sypialni nie paliła się lampka. Zauważyła tylko kontury nowej jedwabnej pościeli i smużkę światła zza okna, która załamała się pod jej cieniem. Zdziwił ją ten bezruch i zgaszona żarówka. Na poduszce coś się bieliło. Podniosła kartkę wysoko, prawie pod same oczy. Litery wyznaczały następne lata jej życia. "Zawsze idź za głosem serca." Mgła opadła na chodnik, jak biała bibułka na gruby dywan.
Kupili go zaraz po ślubie.
Photo by M.W.