Kiedy patrzę na jej zdjęcia, przypominają mi się historie, jakie opowiadała.
Jak wyprowadzała całą klasę na wagary, żeby skakać po budowie domu i raz ktoś złamał nogę… Jak jeździli z bratem, Adamkiem, jak go nazywała, na świniach z przydomowej hodowli…Jak odwróciła obrazki ze Stalinem w dniu jego śmierci i miała 4 z historii, bo nie chciała się uczyć o komunistycznych republikach… Jak nie cierpiała fizyki i pani profesor, za to kochała język polski i czytanie, a potem zdała na Politechnikę, bo się założyła z chłopakami z klasy, że zda… Jak miała urodzić się Marysia i mieszkały razem z dziadkiem Józefem i babcią Janiną, a potem Marysia się babci skarżyła, że “ta Twoja Córka znowu mi wyżarła czekoladę”... Kochała słodkie! Mogła jeść masami! Najchętniej chałwę, pączki, ptasie mleczko i czekoladki z miętowym nadzieniem.
Jak miewała narzeczonych, ale najbardziej ją rozśmieszył taki jeden, co był lekarzem i jej robił operację na wyrostek w ostatniej klasie liceum, zakochał się i chciał się żenić, a ona ze śmiechu spadła z krzesła! Obraził się podobno i powiedział, że skoro nie może ożenić się z tą, którą kocha, to ożeni się z najbogatszą. I tak zrobił. Jak mama jej szyła piękne sukienki, jak była gospodynią w klasie i z ogromnym zaangażowaniem pilnowała porządku, aż ktoś jej na złość złamał pióro wieczne, z paczki z Ameryki od byłego amanta babci. Jak jej dziadek, Jan Teofil Nepomucen Lemański, ambasador w Persji, wziął jej twarz w dłonie i powiedział, że jest taka podobna do jego ukochanej babci Kasi. Jak Marysia odpowiedziała kiedyś na pytanie, gdzie jest mama, że się “zamalinowała” - bo rwała maliny i nie było jej wcale widać z krzaków. Jak sadziła z moim ojcem sto krzaków pomidorów i one rosły niewyobrażalnie, mimo, że doglądała ich jeżdżąc z Kielc do Pacanowa. Jak posadziła cały szpaler sosen, świerków i modrzewi na działce, wiozła je z gór, takie tycie i cienkie, kochała te drzewa najbardziej na świecie - a one mają teraz 10 metrów. Jak strzelała z pistoletu na szpaki, jak nocami gotowała przetwory w wielkim garze. Jak upolowały z Pumą bażanta w drutach wysokiego napięcia.
Jak zakochała się w moim ojcu, jak trochę nam zazdrościła, że ja taka córeczka tatusia. Jak mi powiedziała raz tak piękną bajkę, że pamiętam swój zachwyt. Jak koiła moje serce. Jak nosiła na rękach swoje wnuczki i z każdym kolejnym mówiła, że tego właśnie kocha najbardziej. Traktowała dzieci poważnie. Wiedziała, o co zapytać, nigdy nie było z nią głuchej ciszy. Jej opowieści płynęły w odmęty wspomnień. Miała przyjaciół, miała ukochanych, miała dzieci, wnuki, psy, koty, nawet owce. Była kobietą - kierowniczką zakładu, uparta i zadziorna, zawsze gotowa do drogi. W 7 minut pokonała na piechotę kilometr do stacji w Serokach, żeby dać nam walizki w dniu urodzin Mai. Potem odbierała ją w nocy, by nosić i śpiewać, gdy płakała, a my już nie wiedzieliśmy, co robić.
Była w stanie skoczyć w ogień za kimś, kogo kochała. W jej oczach, jasnych i filuternych, była ciekawość i miłość. Wzięła pożyczkę z banku, żeby spędzić czas ze swoimi wnukami, Mikołajem i Dominikiem, bez ograniczeń, i kupiła im Adidasy, jakie chcieli, nawet helikopter! Niczego nie żałowała. Mówiła mi, “za dużo pracujesz, odpocznij, dbaj o siebie” i “czy masz pieniądze? Bo mogę Ci dać.”
Spisała sen, jaki przyśnił jej się, gdy mieszkała już w Niepokalanowie: “Słońce świeciło w każdą stronę. Musimy kochać wszystkich ludzi, niezależnie od pochodzenia, urody - ważne tylko - ludzie muszą być dobrzy, jak chleb. (...) Nigdy w swoim życiu nie widziałam takiego słońca. Sceneria przepiękna, wszystko ma jakiś sens i każda rzecz przynależy do kogoś, bo wszyscy mają swoje miejsce, gdzie mogą się rozwijać. To nasza Matka Boża tak pokazała ludziom cuda, wróciła do Polski, a tu muszą się czuć dobrze, ale też wsłuchiwać się w słowa płynące od Naszej Pani.”
Mamo, idź do słońca. Do zobaczenia!
Anna Lewińska z domu Witterschaim
ur. 9.lipca 1944 r. w Skarżysku Kamiennej - zm. 2.lutego 2026 w Niepokalanowie








