...życzenia urodzinowe dla Mozaiki.
Tak, minął już rok (nawet z okładem), odkąd zaczęłam składać Mozaikę online. Jak mi z tym? Dobrze, zwyczajnie się cieszę, że działa i jest.
Zastanawiałam się ostatnio, jak się zmienia. Cóż, nic nie stoi w miejscu. Pamiętam, jak sierpniowego wieczoru, spisawszy uprzednio zieloną listę pragnień, podłączyłam parę kabelków i zabłysło.
Gdyby blogi były powszechne dziesięć, dwanaście lat temu, Mozaika miałaby tyle lat, zapewne.
Ostatnio więcej milczę, niż mówię, a jeśli już, to prozą.
To takie "lorem ipsum".
Przyzwyczaiłam się do niej, przychodzę i mogę ją obejrzeć z daleka, czasem coś dołożyć. Przecież to Mozaika, żyje ułomkami chwil.
Łatwo ją zrekonstruować, o ile nie wyjmie się z niej zbyt wielu kawałków.
W pracy buduję słowami, które wracają do mnie po tysiąckroć. Nie należą już do mnie, mam na nie cyrograf. Przeważnie nic nie znaczą.
Słów nigdy dosyć. Czasem tylko brak sytuacji, aby je wykorzystać. Czasem wracają, skąd pochodzą, i nigdy nie zostawiają śladu.
Lubię słowa.
Niekiedy tylko zwodzą tych, którzy je wypowiadają.
piątek, 14 września 2012
czwartek, 13 września 2012
Lepiej
fot. by Daniel Adventure :)
Może z tego będzie seria? Mam w głowie parę pomysłów. Co powiecie na taki eksperyment?
poniedziałek, 10 września 2012
niedziela, 2 września 2012
Czym krwawi Mary
Myślę, że mogłabym zacząć, jak to ból jest nieodłączny. Od życia. Od
kobiety. I razem.
Potem seria rzeczywistych lub wymyślonych rzeczy...
Fizjologia. Tylko kobiety, żeby dojść do przyjemności, muszą najpierw
doświadczyć bólu. Prawda to. Na domiar jeszcze, do bólu dochodzi strach, bo
wiadomo, jakie mogą być długofalowe konsekwencje "przyjemności". Więc
jeszcze dostajemy po łbie, że nam się zachciewa.
Przykra sprawa.
Boli nas, kiedy się okazuje, że baśnie z tysiąca i jednej nocy powstały
tylko dlatego, że jakiś histeryk-okrutnik miał ochotę zamordować własną żonę, a
ona podstępem musiała ratować własne życie. To się nazywa inspiracja. A w tych
baśniach tyle książąt, zamków, złotych i srebrnych koni, księżyc świeci,
wystarczy skinąć ręką, a kładą się lasy i wysychają rzeki. I to wszystko,
jednakowoż, bujda.
Boli, kiedy się okazuje, że najnaturalniejsza (wydawałoby się) rzecz na
świecie, dzieci wychowanie, to katorga, droga przez mękę i nawet media nie mogą
się zdecydować, czy są z nami ("Rodzić po ludzku") czy przeciw nam
("Coraz więcej kobiet w ciąży na zwolnieniach"). Etos matki Polki,
matki karierowiczki, matki jakiejkolwiek, jest nadal etosem, trzeba się wziąć w
garść, żeby nie wyrósł jaki bandyta na piersi, bo potem i tak z naszej
(matczynej również) kieszeni więźniowie telewizję na stu kanałach oglądają.
Wersja pesymistyczna, ale warto pamiętać.
Boli wszakże też, kiedy się okazuje, że te pijawki rosną i wcale, ale to
wcale nie chcą zostać małe, słodkie i niepyskate. Bo widać, jakie są podobne do
nas, a to już nam się wcale nie podoba (pierwsza osoba używana dla niepoznaki,
bo przecież nie przez wzgląd na XVI wieczne przyzwyczajenia szlacheckie -
wszyscyśmy ze szlachty, ale ubożejemy...)
Boli, kiedy się okazuje, że nie mamy nad sobą kontroli większej, niż
protony w zderzaczu - one way ticket i wielkie buuuum! - kiedy jesteśmy niczym
Krwawa Mary, może tylko wódki brak.
Drżyjcie narody, dzieci chowajcie się pod stoły, psy schodźcie z drogi.
Krwawię.
Krwawa Mary on the rocks
składniki:
wódka
sok pomidorowy
sok cytrynowy
sos tabasco
sól i pieprz
rocks
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
czwartek, 16 sierpnia 2012
środa, 15 sierpnia 2012
Domki dla Lalek*
Z okna widziałam setki pięknych domków. I mnóstwo drzew. Poszatkowane barwne plamy i pełno waty cukrowej.
Niezupełnie panuję nad tym, co wyrabia moja pamięć i wyobraźnia. Ile czasu zaoszczędziłabym dzisiaj, gdybym pominęła podsuwane mi przez złogi w jaźni tematy?
Upchnęłabym więcej czegoś innego. Na przykład rozwinęłabym taki temat:
Lubię na sobie czuć spojrzenia. Bardzo. Te ciekawskie, te zadziorne, silące się na coś więcej, niż są w rzeczywistości - sięganiem po ułudę. Nie spieszę się, choć chodzę szybko. Lubię błyszczące powierzchnie, lubię się po nich prześlizgiwać. Powierzchnie tęczówek na przykład. Lubię blichtr tak bardzo, jak łatwo potrafię go rozpoznać, w momencie przyłożyć odpowiednią miarę i, stosując manewr pt. świadomość czyni z tego kontrolowaną zabawę, włożyć na siebie. Robię się od tego arogancka.
Na rynku wybrukowanym wielowiekową kostką ciężko chodzi się w szpilkach. Po piasku także. Żeby chodzić na obcasach potrzebny jest dość płaski, lecz pewny grunt - taki, na którym widoczność wynosi przynajmniej 10 lat. Wszak pozycja ta wymusza pewną grację, swoisty szyk i stan, ponadczasowe piękno czarnej ołówkowej spódnicy i chabrowej bluzki wpuszczonej luźno w środek. Smolistej linii na górnej powiece, bledszej cery i podkreślonych kości policzkowych.
To proste.
Następnie tam, gdzie to możliwe, zzuwam buty i idę boso, a ziemia wtapia się w załomy pedicure za 60zł. Bo mogę.
***
Niezupełnie panuję nad tym, co wyrabia moja pamięć i wyobraźnia. Ile czasu zaoszczędziłabym dzisiaj, gdybym pominęła podsuwane mi przez złogi w jaźni tematy?
Upchnęłabym więcej czegoś innego. Na przykład rozwinęłabym taki temat:
Lubię na sobie czuć spojrzenia. Bardzo. Te ciekawskie, te zadziorne, silące się na coś więcej, niż są w rzeczywistości - sięganiem po ułudę. Nie spieszę się, choć chodzę szybko. Lubię błyszczące powierzchnie, lubię się po nich prześlizgiwać. Powierzchnie tęczówek na przykład. Lubię blichtr tak bardzo, jak łatwo potrafię go rozpoznać, w momencie przyłożyć odpowiednią miarę i, stosując manewr pt. świadomość czyni z tego kontrolowaną zabawę, włożyć na siebie. Robię się od tego arogancka.
Na rynku wybrukowanym wielowiekową kostką ciężko chodzi się w szpilkach. Po piasku także. Żeby chodzić na obcasach potrzebny jest dość płaski, lecz pewny grunt - taki, na którym widoczność wynosi przynajmniej 10 lat. Wszak pozycja ta wymusza pewną grację, swoisty szyk i stan, ponadczasowe piękno czarnej ołówkowej spódnicy i chabrowej bluzki wpuszczonej luźno w środek. Smolistej linii na górnej powiece, bledszej cery i podkreślonych kości policzkowych.
To proste.
Następnie tam, gdzie to możliwe, zzuwam buty i idę boso, a ziemia wtapia się w załomy pedicure za 60zł. Bo mogę.
***
"Życie jest tylko przechodnim półcieniem
Nędznym aktorem, który swoją rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada - powieścią idioty
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą"
zdjęcie pochodzi z "Tkliwych nihilistów..." FB
sobota, 11 sierpnia 2012
Lista
Mam dobrą pamięć. Wybiórczo. Robię listy, które aktualizuję na bieżąco.
Listy zakupów nie robię, na liście przebojów zdarzają się upierdliwie trzymające się pierwszych miejsc piosenki.
Moje listy są inne. Piszę inne, co nie znaczy, że nie zdaję sobie sprawy, że Ty, Ty i Ty możecie mieć podobne. Miejcie. Tu akurat jest miejsce dla mnie. (Gdybym paliła, zapaliłabym teraz.)
Pamiętam zapachy. Zapach bordowego (kolor to za dużo powiedziane, bordowy niestety to sub-kolor, brud zachodzący na czerwień) wąskiego dezodorantu mojej siostry, zdaje się, że można go jeszcze kupić w zmienionej formie i pod inną nazwą. Jej sweter pachniał nim jeszcze długo potem.
Zapach wilgoci i chłodnych wieczorów późnego lata, zapach górskich wycieczek, które nie były przecież złe. Teraz myślę nawet o nich sentymentalnie i z czułością. Zapach skórki zimowych jabłek, twardych i kwaśnych w sierpniu, soczystych i orzeźwiających w październiku. Zapach tej dziwnej rośliny, którą Arabowie dodają do każdej potrawy, rosła w każdym wykrocie i na poboczach, jak chwast, jak chrzan na polskiej wsi. Przyjemny zapach proszku na bawełnianej bluzie przywiezionej z domu przez koleżankę. "To jeszcze mama prała". Spokój, opiekuńczość, schludność, jasne promienie i lekki przewiew, aby uchronić mokre ubrania przez zatęchnięciem. Lubię to.
Zakazany zapach rąk. Przymykane do połowy powieki.
Zapach mokrego psa. Deszcz na chodniku, który, chłodzony po całodziennej pielgrzymce przechodniów, oddycha wreszcie niezbyt świeżo, ale z ulgą. Zapach kremu Nivea Baby na moim dziecku. Nie wyczuwa się wtedy nic poza mleczną słodyczą, nie ma jutra, a chłopiec żyje w idealnej bańce.
Zapach czyjegoś potu, jeśli się podoba, to podobno sprawka genów, które, jak zwykle, pchają nas do rozrodu. Co za zdrada. Estetyzm kontra natura. Obleśne. Moje poczucie człowieczeństwa zawsze marnieje, kiedy uświadamiam sobie, jak niedaleko jest mi (nam) do pantofelka. Kilka milionów lat i może wrócimy do tej radosnej formy.
Zapach mężczyzny. Oczywiście.
Zapach kobiety. Kiedy tylko chcę.
Moja lista widoków?
Linia od biodra do pachwiny. Zamknięty w chmurach półksiężyc. Ojciec na ławce. Twarz nad moją. Zielone kafelki na porodówce.
Codziennie coś dopisuję do tej listy. Hołubię po to, aby obrosło otoczką surowicznego płynu i nie bolało przy dotyku. Lekarze mówią, żeby nie przebijać bąbli, bo zostają blizny. Medice cura te ipsum.
Listy zakupów nie robię, na liście przebojów zdarzają się upierdliwie trzymające się pierwszych miejsc piosenki.
Moje listy są inne. Piszę inne, co nie znaczy, że nie zdaję sobie sprawy, że Ty, Ty i Ty możecie mieć podobne. Miejcie. Tu akurat jest miejsce dla mnie. (Gdybym paliła, zapaliłabym teraz.)
Pamiętam zapachy. Zapach bordowego (kolor to za dużo powiedziane, bordowy niestety to sub-kolor, brud zachodzący na czerwień) wąskiego dezodorantu mojej siostry, zdaje się, że można go jeszcze kupić w zmienionej formie i pod inną nazwą. Jej sweter pachniał nim jeszcze długo potem.
Zapach wilgoci i chłodnych wieczorów późnego lata, zapach górskich wycieczek, które nie były przecież złe. Teraz myślę nawet o nich sentymentalnie i z czułością. Zapach skórki zimowych jabłek, twardych i kwaśnych w sierpniu, soczystych i orzeźwiających w październiku. Zapach tej dziwnej rośliny, którą Arabowie dodają do każdej potrawy, rosła w każdym wykrocie i na poboczach, jak chwast, jak chrzan na polskiej wsi. Przyjemny zapach proszku na bawełnianej bluzie przywiezionej z domu przez koleżankę. "To jeszcze mama prała". Spokój, opiekuńczość, schludność, jasne promienie i lekki przewiew, aby uchronić mokre ubrania przez zatęchnięciem. Lubię to.
Zakazany zapach rąk. Przymykane do połowy powieki.
Zapach mokrego psa. Deszcz na chodniku, który, chłodzony po całodziennej pielgrzymce przechodniów, oddycha wreszcie niezbyt świeżo, ale z ulgą. Zapach kremu Nivea Baby na moim dziecku. Nie wyczuwa się wtedy nic poza mleczną słodyczą, nie ma jutra, a chłopiec żyje w idealnej bańce.
Zapach czyjegoś potu, jeśli się podoba, to podobno sprawka genów, które, jak zwykle, pchają nas do rozrodu. Co za zdrada. Estetyzm kontra natura. Obleśne. Moje poczucie człowieczeństwa zawsze marnieje, kiedy uświadamiam sobie, jak niedaleko jest mi (nam) do pantofelka. Kilka milionów lat i może wrócimy do tej radosnej formy.
Zapach mężczyzny. Oczywiście.
Zapach kobiety. Kiedy tylko chcę.
Moja lista widoków?
Linia od biodra do pachwiny. Zamknięty w chmurach półksiężyc. Ojciec na ławce. Twarz nad moją. Zielone kafelki na porodówce.
Codziennie coś dopisuję do tej listy. Hołubię po to, aby obrosło otoczką surowicznego płynu i nie bolało przy dotyku. Lekarze mówią, żeby nie przebijać bąbli, bo zostają blizny. Medice cura te ipsum.
Hey, hey, mama, said the way you move
Gonna make you sweat, gonna make you groove.
Oh, oh, child, way you shake that thing
Gonna make you burn, gonna make you sting.
Hey, hey, baby, when you walk that way
Watch your honey drip, cant keep away.
Gonna make you sweat, gonna make you groove.
Oh, oh, child, way you shake that thing
Gonna make you burn, gonna make you sting.
Hey, hey, baby, when you walk that way
Watch your honey drip, cant keep away.
piątek, 10 sierpnia 2012
czwartek, 2 sierpnia 2012
Biała gitara wieczorową porą
Podchodzę prawie do każdego muzyka ulicznego. Staram się dorzucić coś do futerału, czasem robię zdjęcia, stoję długo w pobliżu i słucham. Obserwuję innych przechodniów, którym podoba się to, co słyszymy razem. Zabawne, ale niektórzy starają się nie patrzeć w obawie, że się wyda, że będą musieli wyciągnąć z kieszeni drobniaki, a przecież im się spieszy i tak to tylko parę taktów w drodze na przystanek.
Zatrzymuję się z paru powodów. Po pierwsze z uświadomionego sentymentu - moja siostra grała na ulicach Wiednia i Tokyo, ale tam zupełnie inaczej można zarobić na podobnym procederze.
Po drugie, to cudowne, że ktoś potrafi wydobyć dźwięk, który wpada w ucho, jest melodyjny, sensualny, pieszczotliwy... uwielbiam pasję, jaką wtedy wyczuwam w eterze. Radość, rozpierająca, czysta radość i zadowolenie.
Zastanawiam się, co robią ci wszyscy utalentowani ludzie na ulicy? Dlaczego nie szukają czegoś więcej? Być może nie chcą więcej. Być może nie potrafią pomyśleć, że mogliby po więcej sięgnąć, że ich na to wewnętrznie stać. A może zarabiają lepiej, niż można by przypuszczać.
Niedawno ksylofon pod Kolumną Zygmunta i wspólne śpiewo-granie z perkusistą... Rozmowa o inspiracjach z gitarzystą na murku przy Skwerze Hoovera. Muzyka otwiera podwoje. Każdy rozumie jej język, emocje, które niesie w swoistych narzeczach.
Przejawiam idealistyczne przekonanie, że jeśli ktoś gra, to nie może być zły.
Na ścianie spisałam afirmację, na zielonym papierze, jak zwykle, kiedy coś ma obrócić się w sukces.
I teraz zadzieją się cuda.
Zatrzymuję się z paru powodów. Po pierwsze z uświadomionego sentymentu - moja siostra grała na ulicach Wiednia i Tokyo, ale tam zupełnie inaczej można zarobić na podobnym procederze.
Po drugie, to cudowne, że ktoś potrafi wydobyć dźwięk, który wpada w ucho, jest melodyjny, sensualny, pieszczotliwy... uwielbiam pasję, jaką wtedy wyczuwam w eterze. Radość, rozpierająca, czysta radość i zadowolenie.
Zastanawiam się, co robią ci wszyscy utalentowani ludzie na ulicy? Dlaczego nie szukają czegoś więcej? Być może nie chcą więcej. Być może nie potrafią pomyśleć, że mogliby po więcej sięgnąć, że ich na to wewnętrznie stać. A może zarabiają lepiej, niż można by przypuszczać.
Niedawno ksylofon pod Kolumną Zygmunta i wspólne śpiewo-granie z perkusistą... Rozmowa o inspiracjach z gitarzystą na murku przy Skwerze Hoovera. Muzyka otwiera podwoje. Każdy rozumie jej język, emocje, które niesie w swoistych narzeczach.
Przejawiam idealistyczne przekonanie, że jeśli ktoś gra, to nie może być zły.
Na ścianie spisałam afirmację, na zielonym papierze, jak zwykle, kiedy coś ma obrócić się w sukces.
I teraz zadzieją się cuda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









