sobota, 7 lutego 2026

Zmiana warty

Kiedy patrzę na jej zdjęcia, przypominają mi się historie, jakie opowiadała.

    Jak wyprowadzała całą klasę na wagary, żeby skakać po budowie domu i raz ktoś złamał nogę… Jak jeździli z bratem, Adamkiem, jak go nazywała, na świniach z przydomowej hodowli…Jak odwróciła obrazki ze Stalinem w dniu jego śmierci i miała 4 z historii, bo nie chciała się uczyć o komunistycznych republikach… Jak nie cierpiała fizyki i pani profesor, za to kochała język polski i czytanie, a potem zdała na Politechnikę, bo się założyła z chłopakami z klasy, że zda… Jak miała urodzić się Marysia i mieszkały razem z dziadkiem Józefem i babcią Janiną, a potem Marysia się babci skarżyła, że “ta Twoja Córka znowu mi wyżarła czekoladę”... Kochała słodkie! Mogła jeść masami! Najchętniej chałwę, pączki, ptasie mleczko i czekoladki z miętowym nadzieniem.

    Jak miewała narzeczonych, ale najbardziej ją rozśmieszył taki jeden, co był lekarzem i jej robił operację na wyrostek w ostatniej klasie liceum, zakochał się i chciał się żenić, a ona ze śmiechu spadła z krzesła! Obraził się podobno i powiedział, że skoro nie może ożenić się z tą, którą kocha, to ożeni się z najbogatszą. I tak zrobił. Jak mama jej szyła piękne sukienki, jak była gospodynią w klasie i z ogromnym zaangażowaniem pilnowała porządku, aż ktoś jej na złość złamał pióro wieczne, z paczki z Ameryki od byłego amanta babci. Jak jej dziadek, Jan Teofil Nepomucen Lemański, ambasador w Persji, wziął jej twarz w dłonie i powiedział, że jest taka podobna do jego ukochanej babci Kasi. Jak Marysia odpowiedziała kiedyś na pytanie, gdzie jest mama, że się “zamalinowała” - bo rwała maliny i nie było jej wcale widać z krzaków. Jak sadziła z moim ojcem sto krzaków pomidorów i one rosły niewyobrażalnie, mimo, że doglądała ich jeżdżąc z Kielc do Pacanowa. Jak posadziła cały szpaler sosen, świerków i modrzewi na działce, wiozła je z gór, takie tycie i cienkie, kochała te drzewa najbardziej na świecie - a one mają teraz 10 metrów. Jak strzelała z pistoletu na szpaki, jak nocami gotowała przetwory w wielkim garze. Jak upolowały z Pumą bażanta w drutach wysokiego napięcia. 

    Jak zakochała się w moim ojcu, jak trochę nam zazdrościła, że ja taka córeczka tatusia. Jak mi powiedziała raz tak piękną bajkę, że pamiętam swój zachwyt. Jak koiła moje serce. Jak nosiła na rękach swoje wnuczki i z każdym kolejnym mówiła, że tego właśnie kocha najbardziej. Traktowała dzieci poważnie. Wiedziała, o co zapytać, nigdy nie było z nią głuchej ciszy. Jej opowieści płynęły w odmęty wspomnień. Miała przyjaciół, miała ukochanych, miała dzieci, wnuki, psy, koty, nawet owce. Była kobietą - kierowniczką zakładu, uparta i zadziorna, zawsze gotowa do drogi. W 7 minut pokonała na piechotę kilometr do stacji w Serokach, żeby dać nam walizki w dniu urodzin Mai. Potem odbierała ją w nocy, by nosić i śpiewać, gdy płakała, a my już nie wiedzieliśmy, co robić.

    Była w stanie skoczyć w ogień za kimś, kogo kochała. W jej oczach, jasnych i filuternych, była ciekawość i miłość. Wzięła pożyczkę z banku, żeby spędzić czas ze swoimi wnukami, Mikołajem i Dominikiem, bez ograniczeń, i kupiła im Adidasy, jakie chcieli, nawet helikopter! Niczego nie żałowała. Mówiła mi, “za dużo pracujesz, odpocznij, dbaj o siebie” i “czy masz pieniądze? Bo mogę Ci dać.”

Spisała sen, jaki przyśnił jej się, gdy mieszkała już w Niepokalanowie: “Słońce świeciło w każdą stronę. Musimy kochać wszystkich ludzi, niezależnie od pochodzenia, urody - ważne tylko - ludzie muszą być dobrzy, jak chleb. (...) Nigdy w swoim życiu nie widziałam takiego słońca. Sceneria przepiękna, wszystko ma jakiś sens i każda rzecz przynależy do kogoś, bo wszyscy mają swoje miejsce, gdzie mogą się rozwijać. To nasza Matka Boża tak pokazała ludziom cuda, wróciła do Polski, a tu muszą się czuć dobrze, ale też wsłuchiwać się w słowa płynące od Naszej Pani.”


Mamo, idź do słońca. Do zobaczenia!


Anna Lewińska z domu Witterschaim

ur. 9.lipca 1944 r. w Skarżysku Kamiennej - zm. 2.lutego 2026 w Niepokalanowie





niedziela, 13 października 2024

O trudnościach, o życiu i o psychoterapii

Znacie te memy, w których psychoterapeuta okazuje się zwykłym człowiekiem, który często nie ogarnia własnej kuwety?

Ja znam :) I to jest właśnie moje życie. Zwykłe. 

Od ośmiu lat jestem na ścieżce poszerzania świadomości, mam własną terapię, odbyłam mnóstwo godzin kursów, szkoleń, superwizji z nauczycielami i sesji z klientami. 

Czy moje życie jest... lepsze? I tak, i nie. Za Chiny nie cofnęłabym tego czasu, bo zmieniłam się, dojrzałam, nabrałam innego spojrzenia na przeszłość, moje związki, praca i relacja ze światem zrobiły się szersze i pełniejsze. Doświadczyłam i wiem więcej. Lecz nie zmieniło to samej mojej historii osobistej (to nie magia i cofanie czasu), kompleksy pozostały (to wygodne autostrady umysłu), pojawiające się problemy - pojawiają się :) No, życie. 

A, może zmieniłabym - byłoby mniej (ciekawe?) bólu poznania, cierpienia wynikającego z odwrotnego do de-realizacji procesu, mniej strat wizji na swój temat, porażek w pracy nad sobą, mniej niepewności, kto wybiera i kto pracuje, mniej konfrontacji z samą sobą i z figurami sennymi swoich nauczycieli, klientów, koleżanek i kolegów w szkoleniu, mniej stopni świadomości i zlatywania z nich z hukiem...

Czy to znaczy, że "terapia nie działa"? Działa, w rozumieniu - działamy my w relacji z terapeutą, aplikując (bądź nie) odkrycia i wglądy z sesji (i z pomiędzy sesji) na co dzień. Nasz aparat poznawczy jest ograniczony, bo jesteśmy jacyś. Nasze "okablowanie" jest dane raz na zawsze. To pocieszające - możemy tyle, ile możemy, aby poznać lepiej siebie, innych i świat. Więcej nie. To znaczy, możemy przeważnie dużo więcej, niż myślimy, że możemy i w tym "więcej" terapia pomaga. A czasem można się po prostu zmęczyć - i zamiast roz-wijać się, warto się trochę z-winąć i odpocząć. W lesie na przykład.

Wciąż zaskakuje mnie to, co mi się przydarza. Śmierci, rozstania, milczenie, początki, nowe etapy, miejsca, obrazy, spotkania. Wciąż doświadczam siebie, innych i świat z nowych (i starych) perspektyw - niby tu byłam, ale jednak nie. Niby znam, ale nie do końca. Zajrzenie za taflę lustra to moment, przebłysk. Trochę z tych powidoków zostaje pod powiekami i wtedy jest szczęście. 





poniedziałek, 8 marca 2021

Ja-Kobieta, My-Kobiety

Jestem kobietą, wyrosłam z innych kobiet i mężczyzn. Mam w sobie ślad poprzednich pokoleń, mam w sobie ich potencjał i ich stracone szanse. 

Jestem z nich, ale jestem też z siebie. Mam w sobie historie, które znam i takie, które pracują we mnie, choć nawet nie wiem, że istniały. To, co jest tylko mną, to unikalne doświadczenie, jakie przynoszę światu. Jak przetrawię historie pokoleniowe, jak je zrozumiem i co z nich wezmę, a co odrzucę. Unikalne jest to, jak każdego dnia realizuję swoje przekonania, jak kocham i jak stawiam granice. 

Wspaniale jest mieć dobry przykład, czerpać ze wzorców, które niosą iskrę kreatywności, współczucie, pracowitość, nieugiętość, wolność. Wspaniale, gdy te wzorce są dostępne, ale nawet one nie stanowią jedynej możliwej ścieżki. 

Tak, skądś przybyliśmy, ale dokądś idziemy. I to, jaką drogę wybieramy, jak ją realizujemy, jest naszym osobistym wkładem w ten świat. Miej odwagę iść własną ścieżką, bo to najlepsze, co możesz dać sobie i światu. 



niedziela, 18 października 2020

Baśń amazońska o dziewczynce i błękitnym motylu

Mała dziewczynka poszła nad rzekę, by wyprać ubrania, co poleciła jej matka. Kiedy znalazła się nad brzegiem rzeki, nagle zauważyła pięknego, błękitnego motyla. Zachwyciła się nim i poszła jego śladem. Nawet nie wiedziała kiedy, a zawędrowała głęboko w dżunglę. Wystraszyła się bardzo, bo nie widziała już ani śladu dachów w swojej wiosce. Do dżungli wchodzić mogli tylko łowcy z wioski, odważni i z naostrzoną bronią. A teraz dziewczynka była sama w lesie. Nagle zobaczyła ptaka, na którego w wiosce często polowano i powiedziała na głos: "Ach, gdybyś był człowiekiem, mogłabym cię zapytać o drogę do domu". Ptak usłyszał to i obruszył się: "Mógłbym ci powiedzieć, jak wrócić, ale twoi ludzie zabijają moich krewnych, w niczym ci nie pomogę". Dziewczynka szła dalej, aż spotkała stado małp, które obsiadły ją i chciały porwać do swojego królestwa w koronach drzew i zabić w odwecie za mord na swoich przodkach. Dziewczynka krzyknęła: "To nie moja wina, że jestem człowiekiem!" i rozpłakała się. Jedna z małp zeszła na ziemię, przeobraziła się w stworzenie bliższe człowiekowi i pomogła jej uciec przed stadem. Dziewczynka brnęła przez dżunglę, przestraszona i na skraju rozpaczy: "Nienawidzę tego lasu!". Nagle nad jej głową rozległo się delikatne: "Czy na pewno?". Dziewczynka spojrzała w górę i zobaczyła błękitnego motyla, za którym podążyła znad rzeki. "Chodź, zaprowadzę cię do domu", powiedział motyl i dziewczynka poszła za nim nad brzeg rzeki. "Jestem po przeciwnej stronie! Jak dostanę się do mojej wioski?" - krzyknęła. "Nie martw się, sprawię, że wyrosną ci skrzydła i dofruniesz tam o własnych siłach" zapewnił motyl. Dziewczyce wyrosły błękitne, delikatne skrzydła i pofrunęła nad rzeką, jakby robiła to już nie pierwszy raz. "Och, chcę już na zawsze być motylem!" - zapragnęła. Ale motyl powiedział: "Twoje miejsce jest wśród ludzi, wracaj do nich i żyj w swojej wiosce." Dziewczynka wróciła, lecz od tej pory jej serce biło inaczej, miało błękitne skrzydła motyla.

------

Błękitny motyl, flirt z krainy śnienia. Do dżungli, pełnej niebezpieczeństw i skrajnych doświadczeń, prowadzi zachwyt i zapatrzenie. Dziewczynka musi się oddalić od swoich, odejść od rodzicielskich nakazów i znanego jej brzegu rzeki. Musi pokonać las, wejść tam, gdzie nie zapuszczają się inne dziewczynki. Jak sobie poradzi? Wchodzi tam, nie poznaje niczego, wszystko jest obce i przerażające. Ale czy wszystko? Jest coś, co wie, że należy do tego świata. Pewność i mądrość, zaufanie do tego, co się przydarza. Odkrywa, że kocha ten las, że jest właśnie stąd. Że ma tu swoich sprzymierzeńców i przewodników. Zdobywa moc poruszania się między światami. Wraca do swoich, będzie żyć wśród nich, a oni odczują zmianę, bo bije w niej serce o skrzydłach błękitnego motyla.




sobota, 7 marca 2020

Tak, naprawdę? Nie, niemożliwe!

Byłam dzieckiem, kiedy moja znajoma opowiedziała mi, jak różni się od siostry na takim przykładzie. Gdy w ich obecności ktoś relacjonował wydarzenia lub dzielił się odkryciem jedna unosiła wysoko brwi, otwierała oczy i mówiła: "Tak, naprawdę?". Druga w tym czasie marszczyła brwi i kręciła głową, mówiąc: "Nie, niemożliwe!".
Ciekawe, że to zauważyła. Ciekawe, że tak bardzo to zapamiętałam. 
Różnica jest znaczna. "Tak, naprawdę?" - "Nie, niemożliwe!". Jedna mówi o zaufaniu do innych, może nawet naiwności, o otwartości i ciekawości, być może o przecenianiu innych, a niedocenianiu siebie, a może o głupocie. Druga o pewności sądów, o zaufaniu sobie, może o dużej wiedzy, zamknięciu na nieznane, logicznym myśleniu, kategoryczności albo wywyższaniu się.
I nic dalej możemy nie wiedzieć o nich. Ile mają lat, czym zarabiają na życie, jak śpią, ile razy myją ręce - ale wiemy dużo. A gdyby było to jedyne zdanie, jakie wypowiedzą przy nas? To co wtedy? Z kim na bezludną wyspę, a kogo omijać szerokim łukiem? 
A może - wziąć obie? Obie omijać? 
Mnie bliżej do "Tak, naprawdę?" - więc pewnie wzięłabym tę "Nie, niemożliwe!", żeby sprowadzała mnie na ziemię, uczyła (hm...pouczała?) o tym, że nie każdemu można zaufać. Czułabym się przy niej zaopiekowana i bezpieczna. Jakim kosztem? I czy zrozumiana i szczęśliwa? Może, gdybyśmy otwarcie powiedziały sobie nawzajem - podoba mi się w tobie otwartość, a mnie w tobie doza krytycyzmu. Z szacunkiem przyznały, że ta druga ma coś, czego tej innej brakuje. I gdy "Nie, niemożliwe!" czułaby się osamotniona, objęłabym ją ramieniem, a ona mnie w chwili zwątpienia powiedziałaby , hej, dziewczyno, masz olej w głowie, rób, jak uważasz. 
Zostały byśmy najlepszymi przyjaciółkami. 
Nie trzeba zawsze wszystkiego wiedzieć. Nie wiedzieć jest spoko. Bać się jest spoko. Smucić się jest spoko. Ufać innym jest spoko. Sobie ufać jest nawet lepiej niż spoko. 
I już mnie nie odpychają zmarszczone brwi i czoło. Nie muszę się przed nimi chylić. Tak, naprawdę!

E... dalej mnie odpychają. Dalej się chylę... na razie zostaniemy znajomymi. Dalszymi znajomymi.





niedziela, 3 lutego 2019

Zasypianie Lwa

Wieczorny ambient.
Pralka świruje na tanim prądzie, stukot blaszany guzikami o bęben.
Pies poszczekuje po sąsiedzku, urwany z całodziennej uwięzi, dla niego szczęście, dla mnie cicha męka.
Budzik Made in China cyka miękko, plastikowo. z akcentem na raz, czasem mu się miesza.
Artysta własny wyciąga z metali ciężkich brzmienia spójne ze wszechświatem zwykłą kauczukową kulką.
Zza ściany pochrap wstępujący, za chwilę pauza.
Obok ty, niechętnie rozstajesz się z dniem, szmer skóry w pościeli, pociągnięcia smoczka. Wreszcie miarowy oddech mlecznej zachrypniętej śpiączki.
W uszach odwieczne wysokie c.
Prawie kichnięcie, co głucho rozeszło się po twarzy i okropnie ją przy tym zmierzwiło.
Szum w głowie z tęsknoty za synem, wszystko rozumiejące westchnienie, jedno kap.
Jeszcze pies trącił miskę.
Jeszcze wstawiasz herbatę.
Jeszcze zaburczało mi w brzuchu.

wtorek, 18 września 2018

Miłość i kabanosy

Potrzeba całej wioski, żeby wesprzeć mamę i dziecko na nowej drodze. Moja wioska ma cudowny skład - mąż, mama, syn, ciocia Doulita, przyjaciele, którzy zagajają i po prostu są, mądre ludzie... To trudny czas. Trudniejszy niż poród, który wywołuje w wielu kobietach i mężczyznach tyle lęku. Ciało wciąż się zmienia, boli... Fizyczne i psychiczne osłabienie powoduje ogromną wrażliwość, rozdrażnienie, dużo mniejszą odporność na świat. Jednocześnie jest duma z osiągnięć, z rozwiązanych wspólnie problemów, ogarniętych patentów... Czas robi swoje, leczy rany (dosłowne). Najbardziej leczy miłość - ten jej aspekt, który składa się z uwagi, cierpliwości, delikatności i służby drugiej osobie, otwartości na potrzeby i zmiany w nas. Mam to szczęście doświadczać tej miłości.

A wyrazem największej miłości jest pół kilo kabanosów w lodówce <3 
Fot. P.

niedziela, 9 września 2018

Fala za falą


Mija dwunasta doba od mojego porodu, o którym oprócz rodziny i znajomych, słyszała cała Polska. Co tu dużo mówić... uwielbiam jeździć koleją :)

Przygotowania do porodu zaczęliśmy razem z P. na długo przed terminem. Szkoła rodzenia, czytanie książek i forów, spotkania z doulą i kurs hipnoporodu i część własnej pracy terapeutycznej - poświęcałam na studiowanie, myślenie i odczuwanie każdą wolną chwilę, a szczególnie zatopiłam się w temacie po przejściu na zwolnienie w pracy.

Zależało mi, żeby "posiąść" ten proces całkowicie - poznać fizjologię, zmiany w psychice... Moja pierwsza ciąża i poród przebiegały bez takiego przygotowania, a doświadczenie zamiast dać mi siłę, podkopało wiarę w siebie i własne kompetencje jako matki i kobiety na długie lata. Ale to już przeszłość :) Odkąd zaczęłam drogę "do siebie", te doświadczenia stały się tylko wspomnieniem.

Teraz zaufałam sobie, wzrosłam w siłę, dopuściłam do głosu wszelkie uczucia i sprawdzałam w sobie, na co mam zgodę, a na co nie. Na szczęście, ciąża przebiegała fizjologicznie poprawnie i bez komplikacji. Przygotowywałam się na poród w Domu Narodzin, gdzie dostałam kwalifikację na początku 36 tc. Chciałam naturalnego, niezmedykalizowanego porodu, w którym nikt i nic nie będzie mi przeszkadzać. Przy mnie miał być P i doula Julita.

Z biegiem czasu odczuwałam coraz więcej spokoju, wiary w siebie, dziecko i P. Oczekiwałam tylko na decyzję małej, żeby dać nam się poznać.

I kiedy to się wydarzyło nie czułam bólu, tylko przemożne fale przepływające przez ciało, obezwładniające i dzikie. Słuchałam, co do mnie mówią, a raczej śpiewają, bo wraz ze zmianą stanu i przechodzenia kolejnych etapów, zmieniały się dźwięki, jakie wydawałam. Nie istniało dla mnie nic, oprócz tego głosu. Byłam w transie, w swojej przestrzeni, do której, jak przez mgłę i ciemność, docierał delikatny dotyk rąk P., jego cicha i budująca zaufanie obecność. Wzruszam się na samą myśl o tym człowieku, naszej więzi i cudownych wydarzeniach, jakie jeszcze mocniej cementują naszą relację.

Mój plan porodu spełniony – żadna interwencja medyczna nie miała miejsca, rodziłam w dowolnie wybranej pozycji, wydawałam dźwięki, które pomagały mi rodzić. Nie parłam w II fazie porodu, więc nie czuję prawie żadnych dolegliwości. Co prawda nie miałam na podorędziu wanny czy poduszki sako ;) ale były kolana i ręce mojego męża.


Ze względu na okoliczności sami przyjęliśmy naszą córkę na świat, mała wyskoczyła na ręce taty – po chwili dołączyła nasza kochana Julita, a dookoła zebrali się pomocni, przyjaźni ludzie. Zastrzyk endorfin spowodował, że śmiałam się w głos ze szczęścia :) Wyobraźcie sobie tylko, że jeśli wcześniej mieliśmy do siebie zaufanie, a w siebie wiarę, to teraz przepełnia nas oboje Siła godna bogów :)

Wszystkim Wam i każdej rodzącej kobiecie życzę tak wspaniałych przeżyć, spokoju, opanowania i wsparcia ze strony bliskich.




LITERATURA dla przyszłych rodziców:

"Rodzić razem i naturalnie" I.Chołuj

"Nie tylko chusta" M. Bialik

"Odkrywam macierzyństwo" P.Agrawal

"Po prostu piersią" R.Gill, M.Tracey

"Mundra" S.Szwed

"Potrzebna cała wioska" A.Stein, M.Stańczyk


FILM:

"Birth as we know it"


Link do DOULI Julity Księżyckiej: kolibry.pl
"Doula (czyt. dula) wspiera drugą kobietę i jej partnera w czasie ciąży, porodu i połogu; najczęściej sama jest matką."



HIPNOPORÓD:

kurs u Beaty Meinguer






wtorek, 7 sierpnia 2018

Cisza przed burzą


Wciąż się zmieniam. Każda decyzja poprzedzona pragnieniem, intuicyjną potrzebą, pociąga za sobą kolejne zmiany i stany.
Dookoła mnie teraz świat wiruje coraz prędzej, rozkładam ramiona i wyczuwam grunt pod nogami. Trzymam się wiatru, który drży i wibruje, pobudza do lotu.
Jestem na własnej ścieżce - widzę, jak bliscy koło mnie, za mną i na równoległych, toczą się po swoich. Pokolenia przechodzą ten sam rytuał - jednostki krążą najpierw wokół centrum, rodziców, opiekunów, potem coraz szerzej, parzą się w słońcu, usypiają z zimna, są pijani doświadczeniami i widokami spoza granic. To boli, bycie rodzicem boli. Czasem bardziej, niż by się sobie życzyło. I ta skarga nie może znaleźć odpowiedzi, to oznaczałoby porażkę. Dość o tym...
Nowa niesie ze sobą kolejne nowe. I zupełnie, zupełnie nieznane. Czekają na nią nowe sprzęty, meble, a ludzie będą się jej uczyli i poznawali. Znów ta niewdzięczna rola mnie czeka - śmiech i radość przez łzy. A to tylko część historii, a gdzie zmiany w świecie, które też nadejdą jednocześnie? Nie poczekają na mnie.
Moment, zamknięcie oczu, bo przecież tę chwilę na odpoczynek muszę sobie dać...
Wdech
Wydech
Jeszcze dłuższy wdech
I jeszcze dłuższy wydech


niedziela, 22 lipca 2018

Jeden ojciec, jedna matka?

Dziecko jest dla świata. Nie dla mnie, nie dla ciebie. Ma do przeżycia swoje życie - nie moje czy twoje. Ono jest JAKIEŚ, nie trzeba go stwarzać.
A ilu rodziców ma twoje dziecko? Moje kilkoro - sześcioro, może więcej. Ma kilku ojców i kilka matek - z urodzenia, z wyboru. Jak mi z tym? Wspaniale! Od każdego bierze to, czego potrzebuje. Uczy się zachowań, porównuje. Ma szansę spojrzeć na te same kwestie z wielu perspektyw i wysłuchać wielu argumentów - to żywe biblioteki, masa połączeń i emocji. Wszystko na wyciągnięcie ręki.
Ufam mojemu dziecku. W jego chęci, aktywność, wolną wolę, serce.
Ufam tym, którym go powierzam - że kochają go tak, jak ja. Nie AŻ tak ;) ale wystarczająco. Na tyle, żeby chcieć dzielić z nim swój świat, wprowadzać go w coraz to nowe rewiry - nie bez znaczenia są te trudne ścieżki, bo na nich można się sprawdzić i ciemne zaułki, bo bez cienia nie można docenić światła.
Mój syn ma coraz więcej z mężczyzny. Cudownie jest to obserwować - zmiany fizyczne, zmiany w głowie, w emocjach. Nie martwię się, że mnie nie potrzebuje tak bardzo, jak niegdyś - to znaczy, że coraz lepiej sam radzi sobie ze sobą, z innymi. To znaczy, że ma mocną bazę, od której ma ochotę się odbijać, by lecieć i wracać, by odpocząć.

Portret młodzieńca, Rafael Santi

niedziela, 24 czerwca 2018

Oddaję sobie, co moje

O nowych początkach nie lubię myśleć, jako o "nowym życiu". Życie mam jedno i to samo, kontiuum. Niektóre rzeczy (ba, większość ważnych!) robię po kilka razy - uczę się, czego chcę, a przecież zmieniam się, więc i moje potrzeby razem ze mną. Pierwszy wybór nie zawsze jest "nietrafiony" - był wyborem na tamtą chwilę, na tamte możliwości i umiejętności. Kolejny może być inny. To, z czego jestem zadowolona, to coraz większa świadomość, że mogę i potrafię - wpływać, ale i akceptować, walczyć i poddawać się, nie ustępować i pozwalać, aby to inni przejęli pole. Nie ustawiam się zawsze pod wiatr, nie widzę w tym jedynej słusznej drogi.

Teraz mam szansę dać sobie wyjątkowy dar. Stawia mnie to na dużym progu - bo krytyk podpowiada, że nie jestem tak gotowa, jak mi się wydaje, że to za dużo i że jednak autorytety i profesjonaliści wiedzą lepiej. Ta nowa we mnie zbiera się, jak do dalekiej podróży - czyta opracowania, rozmawia z przyjaznymi duszami, buduje mały zespół, afirmuje, dopuszcza do głosu emocje, gromadzi potrzebny sprzęt i poznaje kawałek po kawałku drogę, jaką pójdzie, gotowa - choć jeszcze nie najlepiej, mówi krytyk - na zmiany planu.

Chcę sobie dać dar świadomego porodu. Chcę go także dać Dziewczynie sprzed 14 lat. Chcę jej powiedzieć, że już w sobie to wtedy miała - siłę dobre, mocne ciało, odporność. Tylko nie umiała sięgnąć do siebie. Zabrakło jednej osoby w zespole, bo odeszła nagle. Zabrakło akceptacji z zewnątrz. Nikt nie pytał ani nie informował, nie chciał znać odpowiedzi. Czułam się bezwolna, niekompetentna, z długiem wdzięczności nie do zapłacenia.

Chcę teraz lepiej wejść w to doświadczenie, zostać w kontakcie z własnym ciałem, pozwolić sobie na różne reakcje, poczuć, że to JA i Ona - że rodzimy się obie. Dla Niej to będzie pierwszy duży gig. Bardzo jej kibicuję!

Amy Swagman, Certified Labor Doula (CLD) https://hubpages.com/health/Labyrinth-as-a-Birth-Guide

niedziela, 13 maja 2018

#matka

***

jesteś w moim DNA
krążysz w krwioobiegu
słony i słodki
podnosisz ciśnienie
zabierasz sen
bez ciebie nie jestem już sobą
a ty sobą jesteś jak najbardziej beze mnie

otwieram żyły i wypuszczam cię
bez wahania

ja
- twoja matka

Po tylu latach nic się nie zmienia, a nawet rośnie w siłę. Jesteś mi drogi, myślę o Tobie nieustannie. Doceniam podwójnie za samą obecność, kiedy znikasz do innych, do świata. Trzymam Cię w otwartej, drącej dłoni gotowa w każdej chwili na lot. Wiem, że sobie zawsze poradzisz, bo tak Cię wychowałam. Czasem nie radzę sobie ja w byciu najlepszą wersją siebie - za każdym razem to trudne, bo masz prawo do tego, co najlepsze.







piątek, 27 kwietnia 2018

Ćwiczenia z fizyki wyobraźni

Jak często marzycie? Pamiętacie jeszcze, o co w tym chodzi?
Kiedy siedzę za długo w "tam kiedyś", "tym, co już znam", "tak już było", nie wiem, skąd czerpać do nowego. Czuję, jak ramiona wydłużają się i ciążą w kierunku podłogi, głowa nie przerabia myśli i nie nadąża za kreowaniem rozwiązań.
Nie ma tchu, jest uwiązanie się na krótkiej smyczy i wydeptana w kółko ścieżka.
A to, co za progiem ma nową energię, której mi potrzeba. Tam jest potencjał do zmian.
Więc wyobrażam sobie, co jest za progiem:
Leżę w hamaku pod szumiącym drzewem. Owiewa mnie ciepły wiatr. Stoi za mną cała rodzina, zrelaksowana, pełna pomysłów, wspierająca. Jestem z nimi. Wykonuję rzeczy po kolei, nadając im odpowiednią ważność. Skupiam się. Odpoczywam. Spod moich palców wychodzą piękne rzeczy, słowa, posiłki. Trzymam w ramionach najbliższych. Kończę rzeczy, które zaczynam.
Mam energię, żeby działać, mam chęć, żeby planować i marzyć.



poniedziałek, 16 kwietnia 2018

List z miłością

Mój ojciec odszedł prawie 14 lat temu i zostawił ogromną pustkę. Mogę o nim wiele powiedzieć, nie był krystaliczny. Ale jedno, co na pewno mu się udało, to miłość do mnie. 
To dzięki niemu jestem wypełniona po brzegi zadowoleniem z siebie, z własnego wyglądu, pełna akceptacji do własnych potrzeb. Odważna i przekonana, że kobiety są równe mężczyznom. Że jestem warta wszystkiego na świecie i że mam dbać o siebie najlepiej, jak potrafię.
Ta miłość również nie była idealna. Nie radził sobie z dorastającą córką, moimi wybrykami i próbą rozbrojenia systemu. Gdyby nie był siwy, kiedy się rodziłam, z pewnością dorobiłby się siwizny w trzy sekundy... Był homofobem, antysemitą i skrajnym prawicowcem, taki był. Jednocześnie wpoił mi, że historia jest ważna - także ta wojenna, w której brał udział on i jego ojciec. 
Nie radził sobie z myślą, że ma nastoletnią córkę w ciąży, szalał ze strachu. Pamiętam jeden z niewielu momentów blisko jego śmierci, kiedy leżałam na jego kolanach, a on gładził mnie po głowie. I żadnych słów, żadnych pretensji. Odwiedził mnie także po śmierci - przyszedł nocą do szpitala, gdzie rodził się Mikołaj, usiadł na sąsiednim łóżku i patrzył na nas, uśmiechał się - jak mógłby nas nie odwiedzić?!
Przedwczoraj spotkał się ze mną znów pod postacią listu, jaki wysłał do mojej mamy w dniu, kiedy rodziłam się ja - w tym samym szpitalu. Nie wpuszczali wtedy na porodówki ojców, więc wszelka korespondencja dochodziła drogą przez personel. 
W tym liście zwracał się do mojej mamy, pytał o zdrowie i "wszystko, co jest z nami związane". Wyrażał z niej dumę i doceniał poświęcenie. 
Mnie nazywał "Kasieńką" i prosił, "żebym powiedziała, kiedy go wreszcie spotkam". Sam fakt tego, że przyszłam na świat był dla niego gwiazdką z nieba - a jeszcze nic nie zrobiłam! Czułam jego akceptację od początku - znów, nie idealnie w praktyce, bo przecież krnąbrna byłam z natury, a on porywczy, nie zawsze cierpliwy i znoszący w spokoju moje humory. Tak, byłam "córeczką tatusia" i dobrze mi z tym. Nikt mnie nie nazywał tak, jak rodzice - "Kasieńka" - nigdy potem. I w tym samym słowie jest tyle miłości, że wystarczyłoby do końca życia...
Mam nadzieję, że moje dzieci odczuwają takie samo przywiązanie i akceptację, jaką czułam ja. Że choćby w ich życiu było kiepsko, to będą miały siłę i odwagę wyjść raz za razem z każdej matni, z każdego problemu - bo będą wiedzieć, że są warte wszystkiego na świecie. 



piątek, 13 kwietnia 2018

Warsztaty z komunikacji

Od jakiegoś czasu komunikuje się ze mną mała dziewczynka. Jest we mnie i żywo reaguje. Przenikają do niej moje sny, wiem to, bo budzi mnie wtedy niepokojący ruch. Przeżywa moje lęki i strachy, dopomina się spokoju. A kiedy jestem skupiona i tak mocno poza zwykłą świadomością, czai się i czeka. Jest bardzo osobna, ale się przejmuje. Przejrzała mnie. A ja jestem po to, żeby żyła swoim życiem, żeby jej dać spokój i nie zajmować sobą. Dlatego pracuję nad tym bardzo, bardzo, żeby było mnie jak najmniej - wystarczająco. Tyle, ile trzeba, by czuć radość istnienia i na tyle mało, żeby trzymać się własnych korytarzy i nie zataczać na pozostałych, nie zataczać nad nimi kręgów ani nie zarzucać sieci.
Żeby to wiedzieć - gdzie ja się zaczynam i kończę, a gdzie zaczynają inni - potrzebuję umieć stawiać granice sobie. "Co z tego jest najmniej ważne?", "co jest najważniejsze, a co może poczekać?", "ile mi potrzeba, a ile to już za dużo, przesyt i nie do udźwignięcia" - bo przecież najwspanialsze rzeczy mają swój ciężar, a ja mam tylko jedne plecy "na loterii wygrane". Niedawno skończył się Wielki Post - dla mnie właściwie żaden, nawet malutki. Nieco poniewczasie do mnie dotarło, że to może być nie o żarciu, braku tańca czy jednej kiecy mniej. Może być za to o tym, gdzie mojej energii ująć, a gdzie dodać. Przed kim obrócić się na pięcie, a przed kim otworzyć szerzej serce i dać więcej czasu i uwagi. Która z fascynacji powoduje gorączkę, a która wymaga uważnego czuwania przy ogniu, podkładania do niej pomału i precyzyjnie. Nad jakim pasmem przeszłości nie zatrzymywać się dłużej, bo wsysa i drenuje, a który pielęgnować, bo jest dziedzictwem. Ile słów to zbytek i pieszczenie ego, o kilka za dużo i za celnych.
Kolejny krok to właściwie konsekwencja, przeczuwam, że niebolesna, jeśli przejść pierwszy etap. Granice wobec innych. Jasna i pewna sygnalizacja, co wobec mnie można, a czego nie można. Na luzie, bez spiny, ze środka siebie.
Tu się zatrzymuję, bo piszę to jeszcze nie z autopsji, nie do końca - mam sen o tym, podnoszę się na palcach przez parkan i zaglądam z nadzieją, że tam się wkrótce znajdę.

Na co dzień wypowiadam mnóstwo zdań. Z niektórych jestem dumna, niektóre są puste i udają za mnie, że słucham. Przędza słów wije się w palcach, przesuwa na kole i pyli. Warsztat wre.

***

granice mnie
wobec siebie
wobec innych 

bezpieczny korytarz o półprzepuszczalnych ścianach


Photo by Robert Baker on Unsplash


sobota, 7 października 2017

Duszenie tygrysa

***
zawstydza mnie krew
co tętni w uszach
przerywam swój jęk
na chwilę przed
tamuję falę
duszę tygrysa
poduszką śmierdzącą naftaliną
--
śmiertelna cisza

Mieszkanie wynajmę

***

Mieszkam w sobie
Tuż za rogiem z dziennych świateł
Widzę siebie kątem oka
Jak przemykam
Chcę zapytać
Co u ciebie? Kiedy znowu?
Chcę zaptać
Co u ciebie? Wtedy znikam.

      Kto cię całuje
      Kto dotyka
      Kto mówi "kocham"
      Kto oddycha
      szybciej i mocniej
      Kiedy znikam?


Ostatnio namacalnie funkcjonowałam w dwóch czasoprzestrzeniach. Tej jednej "tu" i drugiej na ekranie "tam" w filmie "Obcy na mojej kanapie" w reż. G.Brzozowskiego, który powstawał 7 lat temu. Boże, tak dawno!
Tytuł filmu Grzegorza nawiązuje do couchsurfingu, do sytuacji, kiedy "obcy" zajmuje na chwilę miejsce na rzeczonej kanapie, przynosi ze sobą kawałek swojego świata, swoich spraw. Pojawia się na krótko, bardzo krótko, bo czym jest te 24 godziny pod wspólnym dachem - co może się wydarzyć?
Film wygrał już Srebrnego Lajkonika na Krakowskim Festiwalu Filmowym 2017. Polecam :)




fot.E.G.


niedziela, 7 maja 2017

Związki roślinne

Pojechaliśmy kopać grządki i podśmiewali się z nas, że jeszcze za to płacimy. A własna rola stoi (właściwie leży) i sobie rośnie jak chce...
Do Biotpu Lechnica pojechaliśmy po inspirację i dostaliśmy ją w ogromnych ilościach. Gospodarze, Anna i Marek, to ludzie renesansu, zajmują się nauką, sztuką, promują permakulturę, tworząc wokół siebie atmosferę zaangażowanej i świadomej pracy nad sobą i pracy z naturą.
Rozmowy i przemyślenia toczyły się o tak wielu sprawach, że wymienię tylko parę tematów - ale takich, które u nas zasiały się między zwojami i kiełkują teraz powoli...
Człowiek - rośliny: to relacja, której można, jak zawsze, poświęcić czasu mało, dużo lub wcale i odpowiednio do uwagi oczekiwać rezultatów. Rośliny mogą nas wesprzeć - choć my tak słabo, jako gatunek, wspieramy rośliny... - na trzech poziomach (które od razu skojarzyły mi się z psychologią procesu* i trzema poziomami "bycia"). Funkcjonalnie (w rzeczywistości uzgodnionej) wspierają nas w chorobie, przydają się w kuchni, leczą czy podtrzymują dobre zdrowie. Na poziomie emocji (poziom snu) po prostu mogą nam się podobać, możemy lubić ich smak, zapach, lubić mieć je pod ręką - albo nie lubić i nie chcieć na nie patrzeć. A może babcia dodawała jakieś zioło do dań i to pamiętamy, a może przed domem rosła u nas lipa i przyciągała miodne pszczoły, a może wysmagał ktoś nas pokrzywą po łydkach... Trzeci poziom, intuicji (śnienie) rozwija relację człowiek - roślina mniej dosłowną, bardziej duchową. Kiedy tę konkretną roślinę chcemy mieć przy sobie, blisko w otoczeniu, bo jest wtedy jakoś inaczej, coś się zmienia, robi się lepsze. Oprócz tego cała masa odwołań do roślin w sztuce, w architekturze, w kulturze, w codziennym języku i zachowaniu. Na ten temat napisano tomy, więc nie będę starać się wchodzić w szczegóły.
Wielowymiarowość: spotykam (nie przypadkiem) ludzi, którzy pokazują mi, że to, jak sobie wymyśliłam życie, da się spełnić. Że mogę bez poczucia winy i odrzucenia ze świata (tak, jeszcze mi na tym zależy i nie wiem, co zrobiłabym wykluczona), być sobą o kilku parach rąk, w każdej trzymając inny atrybut. Być sobą w mozaice (o, ironio!) słów, czynności, emocji, starań i poczynań. To też otwarło mi szerzej dostęp do spraw POPu* i mnie w tym procesie, w tej drodze. Ulżyło mi (trochę, jeszcze "walczę" z przekonaniami), że jedna droga do szczęścia (spełnienia, statusu, życia) nie istnieje, nawet jeśli dookoła tendencja jest do linearności i niesienia przez całe życie 8-16 tego samego znajomego tobołka.
Przeciwieństwa: od dziecka mam niewyjaśnione uczulenie na "soki traw". Co to oznacza dokładnie, nikt nie zbadał, ale sądzę, że zaczęło się od tego, jak rodzice przymuszali mnie do tych nudnych (wtedy) jak fiks zajęć w ogrodzie i na grządce... Kto by to zniósł!? Jeszcze z innymi, kiedy dobrze się bawiłam, nic nie trzeba było i samo jakoś szło... ale tak na serio? Mowy nie ma. Uciekałam, jak tylko mogłam, do świata fantazji, książek, przed rozstrojone pianino i na huśtawkę. Tajemnicę ucina uderzenie sterydami po skórze, ale dalej nie wyjaśnia przyczyny. Trzeba to będzie rozwikłać. A przeciwieństwa - bo przecież mnie do roślin ciągnie, nawet rosną i kwitną w moim otoczeniu... Może teraz, nieprzymuszana, odkryję podwójny sygnał (sic!) i uczulenie sobie pójdzie...

Nowe Doświadczenia znajdują odzwierciedlenie w pracy twórczej Pawła