niedziela, 13 maja 2018

#matka

***

jesteś w moim DNA
krążysz w krwioobiegu
słony i słodki
podnosisz ciśnienie
zabierasz sen
bez ciebie nie jestem już sobą
a ty sobą jesteś jak najbardziej beze mnie

otwieram żyły i wypuszczam cię
bez wahania

ja
- twoja matka

Po tylu latach nic się nie zmienia, a nawet rośnie w siłę. Jesteś mi drogi, myślę o Tobie nieustannie. Doceniam podwójnie za samą obecność, kiedy znikasz do innych, do świata. Trzymam Cię w otwartej, drącej dłoni gotowa w każdej chwili na lot. Wiem, że sobie zawsze poradzisz, bo tak Cię wychowałam. Czasem nie radzę sobie ja w byciu najlepszą wersją siebie - za każdym razem to trudne, bo masz prawo do tego, co najlepsze.







piątek, 27 kwietnia 2018

Ćwiczenia z fizyki wyobraźni

Jak często marzycie? Pamiętacie jeszcze, o co w tym chodzi?
Kiedy siedzę za długo w "tam kiedyś", "tym, co już znam", "tak już było", nie wiem, skąd czerpać do nowego. Czuję, jak ramiona wydłużają się i ciążą w kierunku podłogi, głowa nie przerabia myśli i nie nadąża za kreowaniem rozwiązań.
Nie ma tchu, jest uwiązanie się na krótkiej smyczy i wydeptana w kółko ścieżka.
A to, co za progiem ma nową energię, której mi potrzeba. Tam jest potencjał do zmian.
Więc wyobrażam sobie, co jest za progiem:
Leżę w hamaku pod szumiącym drzewem. Owiewa mnie ciepły wiatr. Stoi za mną cała rodzina, zrelaksowana, pełna pomysłów, wspierająca. Jestem z nimi. Wykonuję rzeczy po kolei, nadając im odpowiednią ważność. Skupiam się. Odpoczywam. Spod moich palców wychodzą piękne rzeczy, słowa, posiłki. Trzymam w ramionach najbliższych. Kończę rzeczy, które zaczynam.
Mam energię, żeby działać, mam chęć, żeby planować i marzyć.



poniedziałek, 16 kwietnia 2018

List z miłością

Mój ojciec odszedł prawie 14 lat temu i zostawił ogromną pustkę. Mogę o nim wiele powiedzieć, nie był krystaliczny. Ale jedno, co na pewno mu się udało, to miłość do mnie. 
To dzięki niemu jestem wypełniona po brzegi zadowoleniem z siebie, z własnego wyglądu, pełna akceptacji do własnych potrzeb. Odważna i przekonana, że kobiety są równe mężczyznom. Że jestem warta wszystkiego na świecie i że mam dbać o siebie najlepiej, jak potrafię.
Ta miłość również nie była idealna. Nie radził sobie z dorastającą córką, moimi wybrykami i próbą rozbrojenia systemu. Gdyby nie był siwy, kiedy się rodziłam, z pewnością dorobiłby się siwizny w trzy sekundy... Był homofobem, antysemitą i skrajnym prawicowcem, taki był. Jednocześnie wpoił mi, że historia jest ważna - także ta wojenna, w której brał udział on i jego ojciec. 
Nie radził sobie z myślą, że ma nastoletnią córkę w ciąży, szalał ze strachu. Pamiętam jeden z niewielu momentów blisko jego śmierci, kiedy leżałam na jego kolanach, a on gładził mnie po głowie. I żadnych słów, żadnych pretensji. Odwiedził mnie także po śmierci - przyszedł nocą do szpitala, gdzie rodził się Mikołaj, usiadł na sąsiednim łóżku i patrzył na nas, uśmiechał się - jak mógłby nas nie odwiedzić?!
Przedwczoraj spotkał się ze mną znów pod postacią listu, jaki wysłał do mojej mamy w dniu, kiedy rodziłam się ja - w tym samym szpitalu. Nie wpuszczali wtedy na porodówki ojców, więc wszelka korespondencja dochodziła drogą przez personel. 
W tym liście zwracał się do mojej mamy, pytał o zdrowie i "wszystko, co jest z nami związane". Wyrażał z niej dumę i doceniał poświęcenie. 
Mnie nazywał "Kasieńką" i prosił, "żebym powiedziała, kiedy go wreszcie spotkam". Sam fakt tego, że przyszłam na świat był dla niego gwiazdką z nieba - a jeszcze nic nie zrobiłam! Czułam jego akceptację od początku - znów, nie idealnie w praktyce, bo przecież krnąbrna byłam z natury, a on porywczy, nie zawsze cierpliwy i znoszący w spokoju moje humory. Tak, byłam "córeczką tatusia" i dobrze mi z tym. Nikt mnie nie nazywał tak, jak rodzice - "Kasieńka" - nigdy potem. I w tym samym słowie jest tyle miłości, że wystarczyłoby do końca życia...
Mam nadzieję, że moje dzieci odczuwają takie samo przywiązanie i akceptację, jaką czułam ja. Że choćby w ich życiu było kiepsko, to będą miały siłę i odwagę wyjść raz za razem z każdej matni, z każdego problemu - bo będą wiedzieć, że są warte wszystkiego na świecie. 



piątek, 13 kwietnia 2018

Warsztaty z komunikacji

Od jakiegoś czasu komunikuje się ze mną mała dziewczynka. Jest we mnie i żywo reaguje. Przenikają do niej moje sny, wiem to, bo budzi mnie wtedy niepokojący ruch. Przeżywa moje lęki i strachy, dopomina się spokoju. A kiedy jestem skupiona i tak mocno poza zwykłą świadomością, czai się i czeka. Jest bardzo osobna, ale się przejmuje. Przejrzała mnie. A ja jestem po to, żeby żyła swoim życiem, żeby jej dać spokój i nie zajmować sobą. Dlatego pracuję nad tym bardzo, bardzo, żeby było mnie jak najmniej - wystarczająco. Tyle, ile trzeba, by czuć radość istnienia i na tyle mało, żeby trzymać się własnych korytarzy i nie zataczać na pozostałych, nie zataczać nad nimi kręgów ani nie zarzucać sieci.
Żeby to wiedzieć - gdzie ja się zaczynam i kończę, a gdzie zaczynają inni - potrzebuję umieć stawiać granice sobie. "Co z tego jest najmniej ważne?", "co jest najważniejsze, a co może poczekać?", "ile mi potrzeba, a ile to już za dużo, przesyt i nie do udźwignięcia" - bo przecież najwspanialsze rzeczy mają swój ciężar, a ja mam tylko jedne plecy "na loterii wygrane". Niedawno skończył się Wielki Post - dla mnie właściwie żaden, nawet malutki. Nieco poniewczasie do mnie dotarło, że to może być nie o żarciu, braku tańca czy jednej kiecy mniej. Może być za to o tym, gdzie mojej energii ująć, a gdzie dodać. Przed kim obrócić się na pięcie, a przed kim otworzyć szerzej serce i dać więcej czasu i uwagi. Która z fascynacji powoduje gorączkę, a która wymaga uważnego czuwania przy ogniu, podkładania do niej pomału i precyzyjnie. Nad jakim pasmem przeszłości nie zatrzymywać się dłużej, bo wsysa i drenuje, a który pielęgnować, bo jest dziedzictwem. Ile słów to zbytek i pieszczenie ego, o kilka za dużo i za celnych.
Kolejny krok to właściwie konsekwencja, przeczuwam, że niebolesna, jeśli przejść pierwszy etap. Granice wobec innych. Jasna i pewna sygnalizacja, co wobec mnie można, a czego nie można. Na luzie, bez spiny, ze środka siebie.
Tu się zatrzymuję, bo piszę to jeszcze nie z autopsji, nie do końca - mam sen o tym, podnoszę się na palcach przez parkan i zaglądam z nadzieją, że tam się wkrótce znajdę.

Na co dzień wypowiadam mnóstwo zdań. Z niektórych jestem dumna, niektóre są puste i udają za mnie, że słucham. Przędza słów wije się w palcach, przesuwa na kole i pyli. Warsztat wre.

***

granice mnie
wobec siebie
wobec innych 

bezpieczny korytarz o półprzepuszczalnych ścianach


Photo by Robert Baker on Unsplash


sobota, 7 października 2017

Duszenie tygrysa

***
zawstydza mnie krew
co tętni w uszach
przerywam swój jęk
na chwilę przed
tamuję falę
duszę tygrysa
poduszką śmierdzącą naftaliną
--
śmiertelna cisza

Mieszkanie wynajmę

***

Mieszkam w sobie
Tuż za rogiem z dziennych świateł
Widzę siebie kątem oka
Jak przemykam
Chcę zapytać
Co u ciebie? Kiedy znowu?
Chcę zaptać
Co u ciebie? Wtedy znikam.

      Kto cię całuje
      Kto dotyka
      Kto mówi "kocham"
      Kto oddycha
      szybciej i mocniej
      Kiedy znikam?


Ostatnio namacalnie funkcjonowałam w dwóch czasoprzestrzeniach. Tej jednej "tu" i drugiej na ekranie "tam" w filmie "Obcy na mojej kanapie" w reż. G.Brzozowskiego, który powstawał 7 lat temu. Boże, tak dawno!
Tytuł filmu Grzegorza nawiązuje do couchsurfingu, do sytuacji, kiedy "obcy" zajmuje na chwilę miejsce na rzeczonej kanapie, przynosi ze sobą kawałek swojego świata, swoich spraw. Pojawia się na krótko, bardzo krótko, bo czym jest te 24 godziny pod wspólnym dachem - co może się wydarzyć?
Film wygrał już Srebrnego Lajkonika na Krakowskim Festiwalu Filmowym 2017. Polecam :)




fot.E.G.


niedziela, 7 maja 2017

Związki roślinne

Pojechaliśmy kopać grządki i podśmiewali się z nas, że jeszcze za to płacimy. A własna rola stoi (właściwie leży) i sobie rośnie jak chce...
Do Biotpu Lechnica pojechaliśmy po inspirację i dostaliśmy ją w ogromnych ilościach. Gospodarze, Anna i Marek, to ludzie renesansu, zajmują się nauką, sztuką, promują permakulturę, tworząc wokół siebie atmosferę zaangażowanej i świadomej pracy nad sobą i pracy z naturą.
Rozmowy i przemyślenia toczyły się o tak wielu sprawach, że wymienię tylko parę tematów - ale takich, które u nas zasiały się między zwojami i kiełkują teraz powoli...
Człowiek - rośliny: to relacja, której można, jak zawsze, poświęcić czasu mało, dużo lub wcale i odpowiednio do uwagi oczekiwać rezultatów. Rośliny mogą nas wesprzeć - choć my tak słabo, jako gatunek, wspieramy rośliny... - na trzech poziomach (które od razu skojarzyły mi się z psychologią procesu* i trzema poziomami "bycia"). Funkcjonalnie (w rzeczywistości uzgodnionej) wspierają nas w chorobie, przydają się w kuchni, leczą czy podtrzymują dobre zdrowie. Na poziomie emocji (poziom snu) po prostu mogą nam się podobać, możemy lubić ich smak, zapach, lubić mieć je pod ręką - albo nie lubić i nie chcieć na nie patrzeć. A może babcia dodawała jakieś zioło do dań i to pamiętamy, a może przed domem rosła u nas lipa i przyciągała miodne pszczoły, a może wysmagał ktoś nas pokrzywą po łydkach... Trzeci poziom, intuicji (śnienie) rozwija relację człowiek - roślina mniej dosłowną, bardziej duchową. Kiedy tę konkretną roślinę chcemy mieć przy sobie, blisko w otoczeniu, bo jest wtedy jakoś inaczej, coś się zmienia, robi się lepsze. Oprócz tego cała masa odwołań do roślin w sztuce, w architekturze, w kulturze, w codziennym języku i zachowaniu. Na ten temat napisano tomy, więc nie będę starać się wchodzić w szczegóły.
Wielowymiarowość: spotykam (nie przypadkiem) ludzi, którzy pokazują mi, że to, jak sobie wymyśliłam życie, da się spełnić. Że mogę bez poczucia winy i odrzucenia ze świata (tak, jeszcze mi na tym zależy i nie wiem, co zrobiłabym wykluczona), być sobą o kilku parach rąk, w każdej trzymając inny atrybut. Być sobą w mozaice (o, ironio!) słów, czynności, emocji, starań i poczynań. To też otwarło mi szerzej dostęp do spraw POPu* i mnie w tym procesie, w tej drodze. Ulżyło mi (trochę, jeszcze "walczę" z przekonaniami), że jedna droga do szczęścia (spełnienia, statusu, życia) nie istnieje, nawet jeśli dookoła tendencja jest do linearności i niesienia przez całe życie 8-16 tego samego znajomego tobołka.
Przeciwieństwa: od dziecka mam niewyjaśnione uczulenie na "soki traw". Co to oznacza dokładnie, nikt nie zbadał, ale sądzę, że zaczęło się od tego, jak rodzice przymuszali mnie do tych nudnych (wtedy) jak fiks zajęć w ogrodzie i na grządce... Kto by to zniósł!? Jeszcze z innymi, kiedy dobrze się bawiłam, nic nie trzeba było i samo jakoś szło... ale tak na serio? Mowy nie ma. Uciekałam, jak tylko mogłam, do świata fantazji, książek, przed rozstrojone pianino i na huśtawkę. Tajemnicę ucina uderzenie sterydami po skórze, ale dalej nie wyjaśnia przyczyny. Trzeba to będzie rozwikłać. A przeciwieństwa - bo przecież mnie do roślin ciągnie, nawet rosną i kwitną w moim otoczeniu... Może teraz, nieprzymuszana, odkryję podwójny sygnał (sic!) i uczulenie sobie pójdzie...

Nowe Doświadczenia znajdują odzwierciedlenie w pracy twórczej Pawła




















poniedziałek, 10 kwietnia 2017

W Radio Wnet

Nowa działalność :)
Na antenie internetowego Radia Wnet w towarzystwie Romka Bartkowicza opowiadam o muzyce i co się kojarzy.




Playlista:

1. Dźwięki Jowisza

2. Soundtrack „Part IV” z filmu A. Tarkowskiego Solaris (E. Artemiew,1972)

3. Druga ścieżka dźwiękowa z filmu Solaris - „Don't blow it”

4. Nagranie Agnieszki Zielińskiej (fortepian) i Pawła Nowickiego (misy tybetańskie)

5. „A new beginning” - Alex Somers

6. „A glorious dawn - Symphony of science”, Carl Sagan (ft Stephen Hawking)

7. „Koniunkcja z księżycem/słońce, ziemia, księżyc na jednej linii” - grupa Chryste Panie (jogin z gór Karakorum / śri śri Adwanta Ram-Baraga / Mao-Ta-Ma: Michał Małota, saksofon)

8. „O Ignis Spiritus”, wyk. Catherine Braslavsky - fragment opery „Orto virtutum” (Gra niebieskich sił uzdrawiających), skomponowanej przez św. Hildegardę z Bingen

9. „Heroes never die” - z albumu Aabzu - Maciej Szymczuk + Zenial (Łukasz Szałankiewicz)

10. „Spiritual Hang Music” - Arambolla

Serdecznie zapraszają:

Kasia Lewińska i Romuald Bartkowicz

piątek, 31 marca 2017

Prześlizgnięcie

Podróżuję z hukiem.
Gdy jestem tu (tam), nie wiem, że tam właśnie jestem. Wszystko i ja - w czasie teraźniejszym i dokończonym. Żyję tylko takim światem, który słyszę i widzę. Głosy dochodzą płaskie i dosadne, sięgają mojej głowy i tylko ona jest ważna. Ona ma władzę i przez nią myślę. Jest bezpiecznie (?).
Skąd wtedy wiem, że jest bezpiecznie? Drogą wi-fi dochodzą do mnie te płaskie głosy w jednym tonie. Nie wyłamuje się żaden z harmonii płaskich tonów.
Podróż zaczyna się nagle.
Nagle zmienia się "wiem" w "nie jestem pewna", nie widzę konturów, cienie zlewają rzeczy w jedno, albo światło zalewa wszystko w jedną jasność. Czuję ucisk na każdy skrawek ciała - zaczyna się od głowy, która traci władzę. Staje się kaszą i kisielem. Ciało wlecze się w kisiel za nią, jak bezwładna pacynka. Już nie ma przewodnika, lezie, jak stado błędnych owiec, becząc i drżąc.
Podróż to pokonanie granicy.
Czuję, jak na gumie przechyla się to "ja stamtąd" za granicę do "ja skądinąd". I już tej gumie nie ma końca, już mnie grawitacja "skądinąd" gnie szalenie i bez pardonu. W "skądinąd" biegun.
Jeszcze głowa myśli myślami "stamtąd" i widzi przepaść pod sobą, każe ciału drżeć coraz bardziej, może się opamięta i wróci. Nie wraca.
Podróż to inne.
Czuję, że urodziłam się przez wąskie gardło i wszystko tak cholernie boli. Jeśli świat był cieniem, teraz razi ostrym światłem. Jak tonął w jasności, przestaje odbijać się od płaszczyzn i gubi się w cieniu. Jestem wywrócona. Zmęczona tą podróżą, rozdygotana i płynę.
Poślizgnęłam się nad krawędzią.